Nowy Świat - Historia

Kilka słów wstępu

Historia świata, a raczej okolic, gdzie toczą
się gry, jest opisana w formie kroniki, przedstawia
wydarzenia w takiej formie, w jakiej może znać je osoba,
którą owej historii uczono. Pewne okresy są opisane
bardziej, inne mniej szczegółowo. Jak wiadomo, historię
piszą zwycięzcy, a więc niektóre wydarzenia mogły w
rzeczywistości odbyć się nieco inaczej, niż je
przedstawiono.

Celem każdej z gier jest odkrywanie historii
świata, ukazywanie graczom jej fragmentów i dopisywanie
kolejnych rozdziałów. Opisany w Liber Mundi rys
historyczny stanowi podstawę do dalszej zabawy i mam
nadzieję, że wkrótce pojawią się nowe teksty uzupełniające,
pisane z innego punktu widzenia.

Oto kronika pradziejów spisana przez Godfryda z
Charnais, znaleziona w bibliotece opactwa Ostrogrodu pośród
innych wielce mądrych ksiąg.

Liber Mundi - Historia świata po Dniu Zagłady

Gdy gniew bogów minął i ognisty deszcz zagłady
ustał, nad światem unosił się dym i popiół. Zdawać by
się mogło, iż nie ocalało nic i nikt. Przez wiele lat
panowała martwa cisza.

Powoli jednak świat odżywał - pojawiły się
trawy, drzewa wypuściły liście, zwierzęta wychodziły ze
swoich kryjówek. Niebo przejaśniło się, deszcz już nie
smakował popiołem, a woda zmyła prochy poległych.
Siedziby ludzkie zaczęły popadać w ruinę, ale w niektórych
z nich można było zauważyć niewielkie poruszenie.
Ocaleni zaczęli szukać innych, którzy przetrwali. Zbijali
się w niewielkie grupki i z czasem znowu wyrosły
niewielkie wioski złożone z szałasów, w których żyło
się spokojnie i bez pośpiechu. Ziemia dawała wysokie
plony, choć praca była ciężka. Drzewa i krzewy rodziły
owoce, grzyby były smaczniejsze niż kiedykolwiek. Ludzie
żyli pełnią życia, a na świecie panował pokój.

Magowie

Oprócz zwykłych ludzi przetrwali jednak też
ci, którzy wywołali armageddon - magowie. Dzięki swoim
czarom udało im się ujść pogromu i pomimo iż zostali
rozproszeni, przeżyli. Gdy świat ochłonął, ponownie się
zjednoczyli, tworząc tajemniczą Lożę Magii. Na szczęście
- bogom niech będą dzięki! - okazało się, że ich moc
znacznie osłabła. Ognisty deszcz spopielił również część
świata magicznego, skąd czerpali oni swoje siły. Dlatego
też długo radzili oni, co począć dalej.

Jednakże żądni oni byli władzy i potęgi i
przyzwyczajeni do tego, iż zajmowali wysokie pozycje, pragnęli
je odzyskać. Tytułowali się nawzajem arcymagami i potężnymi
czarodziejami i lubili, jak oddawano im hołdy. A tymczasem
w nowym świecie nikt nie zamierzał uznać ani ich pozycji,
ani potęgi.

Ocalili wiedzę sprzed kataklizmu i jedynie
ona im pozostała. Postanowili ją wykorzystać, aby
kontrolować rozwój świata i nadać mu taki kierunek, jaki
był dla nich najwygodniejszy. Pod postaciami wędrownych mędrców
i pustelników wkradali się w łaski niektórych społeczności,
nad innymi zapanowali bardziej bezpośrednio. Przez pewien
czas szło im doskonale.

Bogom niech będą dzięki!, nadszedł w końcu
dla nich czas okrutny, albowiem zestarzeli się i zaczęli
poszukiwać uczniów, którym można by wiedzę sprzed wieków
przekazać. Na początku dobierali ich sobie starannie, mając
pewność, że nie zostaną zdradzeni. Wyjawiali przed nimi
tajniki sztuczek, które szumnie nazywali wielką sztuką.
Potem jednak, gdy starość jeszcze bardziej im siadła na
karkach, coraz mniej uważni byli w swoich wyborach, pragnąc
ocalenia wiedzy zakazanej.

Łowcy Czarnoksiężników

I znalazło się kilku rozgoryczonych,
zwabionych obietnicą władzy i potęgi, którzy gdy poznali
już prawdziwą naturę magii, zapałali gniewem. "I to
jest to?" Wołali. "Te nędzne sztuczki nazywacie
wielkimi mocami? Gdzie nieśmiertelność? Gdzie prawdziwa
siła?". Na próżno było ich uspokajać, tłumić, więzić.
Prawda, gdy wyjdzie na jaw, straszliwą jest bronią. Takoż
się stało i wtedy, kilku rozgoryczonych czarnoksiężników
wszem i wobec rozpowiedziało, jak słabi są magowie i zaczęło
nawoływać do obalenia ich władzy. Dla przykładu w jednej
z wiosek pojmali jednego z magów i szydzili z niego, a on
nie był w stanie pokazać, że wciąż swą moc posiada,
nawet wtedy, gdy odebrano mu życie. Było to pierwsze
morderstwo w nowym świecie.

Rozpoczął się więc okres straszliwy, kiedy
to mędrców i samozwańczych władców ścigano i często
pozbawiano życia. Część z nich okaleczono i wypędzono.
Niektórzy zbiegli na wschód, w gęstwiny leśne i więcej
nigdy już ich nie widziano, inni na południe. W tych
czasach wielu pojawiło się ludzi zwanych łowcami
czarodziejów, albowiem ich głównym zawodem było
tropienie i ściganie owych podłych kłamców. Ubierali oni
czarne płaszcze, symbolizując tym swoje oddzielenie od świata
i poświęcenie niewinności ku jego zbawieniu. Jednakże część
z nich, gdy posmakowała krwi, a trzeba Wam wiedzieć, że w
nowym świecie to czarodzieje przynieśli ze sobą śmierć
i tortury, nie była w stanie wrócić już do normalnego życia.
Znana jest też opowieść o Ceredwinie, czarodzieju, który
w przebraniu łowcy pragnął umknąć sprawiedliwości. Na
szczęście jego podstęp został przejrzany i zdrajca ten
został powieszony.

Łowcy, którzy wraz ze zniknięciem magów
stracili zajęcie, zajęli się łupiestwem, często
przejmowali władzę w osadach i stawali się ich samozwańczymi
wodzami. Niektórzy z nich rządzili dobrze, inni gorzej,
ale większość surową ręką. Ludzie nie byli pewni, czy
zamieniając jednego pana na innego, uczynili słusznie. Wkrótce
jednak miało się okazać, że dobrze się stało, choć
minąć miało jeszcze wiele lat.

Fulko z Koła

Ci, którzy ruszyli za zbiegami na wschód,
wkrótce powrócili niosąc bardzo dziwne wieści. Otóż w
nieprzebytych borach napotkali oni na inne ocalone z pogromu
istoty - elfy. Opowiadali o wielkich ucztach na polanach pod
gwiazdami, tańcach przy ogniu, wspaniałej muzyce,
kunsztownych ozdobach i miastach na drzewach. Mówili jednakże
też o tym, iż elfy delikatnie acz stanowczo odmówiły
wydania im zbiegów, którzy u nich znaleźli schronienie.
Niektórych omotano magią, albowiem elfy są w swojej
istocie pełne magii, i powrócili po wielu latach, ani o
dzień starsi niż wtedy, kiedy wyruszali.

Tak właśnie wrócił Fulko z Koła, znany łowca,
który widząc zdradę innych ze swego fachu, zrzucił
czarny płaszcz i ubrany w białą szatę rozpoczął swoją
wędrówkę po świecie, nauczając o miłosierdziu bogów,
o tym jak dali oni światu drugą szansę i że nie można
jej zaprzepaścić. Mówił o miłości do ludzi i do
natury, o krótkim życiu i nieprawości uzurpowania sobie władzy
nad innym człowiekiem. A ponieważ była to prawda, wielu
ludzi udało się za nim i razem z nim zaczęło po świecie
krążyć i szerzyć słowo.

Wiele razy Fulko musiał stawać twarzą w
twarz z dawnymi towarzyszami i często bliski był śmierci,
albowiem tamci widząc w nim zagrożenie swojej pozycji
zapragnęli go zgładzić. Jednakże tak silny był jego
duch, że gdy tylko go ujrzeli, natychmiast odstępowali od
tego zamiaru i chcąc, nie chcąc, uznawali jego obecność.
Nie namawiał Fulko do buntu, do kolejnego rozlewu krwi, ale
do życia w pokoju i dostrzeżenia swojego miejsca w świecie.

Pod koniec swego żywota, czując że zbliża
się śmierć, Fulko założył osadę, Promień Słońca,
która stała się pierwszym skupiskiem ludzi wyznających
jego ideały. Gdy zginął, ciało jego spalono, jak to było
w zwyczaju, a popiół rozsypano na wietrze na cztery strony
świata, aby każda istota mogła otrzymać cząstkę jego
chwały i mądrości. Promień Słońca stał się miejscem
pielgrzymek wielu.

Rozkwit handlu

Niektórzy z tych, co powrócili ze wschodu,
przywieźli ze sobą elfie wyroby: często były to łuki i
włócznie, ozdoby i biżuteria, rzadziej buty i szaty.
Wszystkie one były tak misternie wykonane, że natychmiast
wzbudziły pożądanie w oczach miejscowych, żaden jednak
rzemieślnik nie był w stanie wykonać nic tak pięknego.
Ruszyły więc wyprawy do boru elfów, z początku
nieliczne, prowadzone przez łowców czarodziejów, którzy
z czasem zmienili nazwę na cech tropicieli i czarne płaszcze
zamienili na zielone. Wielce poszukiwaną przez elfy rudę
wymieniano na przepiękne ozdoby i wyroby.

Wraz z kupieckimi wyprawami do elfów dotarło
też i słowo Fulka. Głoszący miłość do natury i
wszystkich istot mnisi okazali się być bardzo bliscy elfom
i ich podejściu do świata. Wielu z nich przyjęło słowo
Fulka i zaczęło głosić je wśród swoich ziomków.
Jedynym rozdźwiękiem zdawał się być stosunek do magii -
z początku problem błahy, wkrótce stał się przyczyną
dużych niepokojów. Elfy uznawały magię za siłę natury,
cząstkę całości świata, natomiast Fulko magię odrzucał
jako wynaturzenie i przyczynę kataklizmu.

Niestety, wraz z morderstwem, które przywrócili
światu czarnoksiężnicy, wróciła też zazdrość, zawiść
i wszystkie złe emocje sprzed pogromu. Gdy niektórzy łowcy
czarodziejów, obecni władcy i łupieżcy, zwiedzieli się
o karawanach, wnet pomyśleli o tym, jakby to wykorzystać.
Część z nich zbrojnymi bandami napadała na kupców i ich
grabiła, inni pobierali myto za przejście przez terytoria
leżące w okolicach ich wiosek. Szlaki zrobiły się
niebezpieczne. Często nawet towarzystwo mnicha nie
gwarantowało nietykalności, jak to miało miejsce przez
pewien czas.

Dlatego też samotni handlarze coraz częściej
poruszali się większymi grupami, prosząc również
tropicieli o ochronę, a nie jedynie o przewodnictwo i
porozumienie z elfami. Z czasem zielone płaszcze zaczęły
symbolizować zbrojną eskortę, kupcy przestali być łatwym
łupem. Zło jednak nigdy nie daje za wygraną. Skoro tylko
łowcy zorientowali się, że tropiciele po przybyciu do
miejsca przeznaczenia opuszczają karawany, zaczęli oni
napadać na wioski i łupić je już po przybyciu handlarzy.

Po kilku takich napadach kupcy zaczęli
wynajmować tropicieli na czas dłuższy, jako osłonę nie
tylko wozów, ale i wiosek. Z czasem wiele z siedzib
otoczono parkanami i wałami, aby chronić zarówno
handlarzy, jak i całą ludność. Cech tropicieli stawał
się coraz liczniejszy, a jednocześnie wielu z jego członków
nigdy nie opuszczało miejsca urodzenia. Służyli oni
kupcom i ich chronili. Z czasem zaczęto nazywać ich strażnikami.

Wtedy też z południowego wschodu przybyły
pierwsze szczepy orków. Z początku były to niewielkie
grupki, które jednak z czasem stawały się coraz
liczniejsze. Niektóre z nich napadały na okoliczne wioski,
inne wyszukiwały sobie spokojne miejsce do zamieszkania. Z
orczymi bandami radzono sobie dość łatwo, gdyż podówczas
ich bronią były głównie drewniane maczugi i tarcze.
Potem jednak łowcy dostrzegli w nich potencjalnych
sprzymierzeńców. Z niektórymi zawarli przymierze, obiecując
im bogate łupy, broń i inne podobne towary. Na południowym
wschodzie powoli zaczęło się robić niespokojnie.

Wykucie miecza

Był to też czas, kiedy ze swoich jaskiń na
światło dzienne wydostały się krasnoludy i gnomy.
Nieliczni podróżnicy przemierzający krainy z północy na
południe natknęli się na ich osady w górach, z początku
biorąc ich za barbarzyńskie plemiona, które uchowały się
tam uchowały. Potem jednakże, dostrzegłszy ich kunszt w
obróbce metali i kamienia, przypomnieli sobie pradawne
legendy i pomimo początkowych problemów z komunikacją
zrozumieli, że mają do czynienia z synami ziemi. Tutaj
wszystko potoczyło się analogicznie jak z elfami -
pojawili się pierwsi kupcy, potem misjonarze i podróżnicy.

Ludzcy kowale szybko przyswoili sobie niektóre
nowinki pochodzące z krain południa, natomiast to
krasnoludzcy kamieniarze na zawsze zmienili wygląd ludzkich
siedzib. W zamian za ziarno i mięso dostarczone do ubogich
w żywność wiosek, rzemieślnicy ci budowali kamienne
zamki i twierdze. Toporne w kształtach, ale za to niemożliwe
do zdobycia inaczej jak podstępem, były wtedy oznaką
bogactwa i władzy. Z początku jedynie kupcy posiadali własne
twierdze, jednakże z czasem również i łowcy zaczęli
przebudowywać swoje siedziby. Przeklęci niech będą ci,
którzy się z nimi sprzymierzyli.

To właśnie pewien łowca, Bertrand z
Fortuny, który w swojej chęci do czynienia zła posunął
się aż do sprzymierzenia z czarnoksiężnikiem, przywrócił
światu jedyną broń przeznaczoną wyłącznie do zabijania
innych istot - miecz. Dzięki pradawnej wiedzy owego przeklętego
maga i umiejętnościom zdradzieckiego krasnoluda, kowala,
udało im się stworzyć ów oręż, jakże doskonały, a
jednocześnie jakże przeklęty od momentu swego powstania.
Wraz z mieczem pojawiła się też zbroja - kolczuga, będąca
innym reliktem z przeszłości. Pracując w tajemnicy
Bertrand uzbroił swoje oddziały i rozpoczął najazdy.
Mordercza broń przyniosła mu wiele zwycięstw.

Z czasem na szczęście kilku kupców
zjednoczyło swoje siły i przy pomocy krasnoludów i gnomów
udało im się zbudować machiny specjalne, dzięki którym
jego warownię po wielu trudach i morderczej walce zdobyli.
Sam Bertrand został powieszony, jego zamek spalono,
uprzednio odzyskawszy skradzione dobra. Czarnoksiężnika
spalono na stosie, a zdradzieckim krasnoludem, nazwanym
potem Thembrand Od Miecza, zajęli się jego ziomkowie. Nie
wiadomo, co się z nim stało, z pewnością jednak przed śmiercią
męki cierpiał ogromne.

Niestety, zła raz uczynionego odczynić się
nie dało. Miecz i zbroja rozprzestrzeniły się po świecie
i w ten oto sposób człowiek znowu stworzył narzędzia
przeznaczone tylko i wyłącznie do zabijania. Nie było to
dobre i nie podobało się głoszącym słowo Fulka, ale
czasy burzliwe były i zarówno łowcy, jak i kupcy pomimo
zakazów nową bronią walczyli. Z czasem coraz to i nowe
formy i wzory się pojawiały, zbroja zwiększała swoją
skuteczność gdy odkryto nowe sposoby przetapiania żelaza
i bogate jego złoża. Od tego czasu rozpoczyna się krwawy
rozdział w dziejach historii.

Niechby miecz i zbroja pozostały w rękach
ludzi, strata jeszcze nie byłaby aż tak ogromna. Ale
niestety sprzymierzeni z orkami łowcy przekazali im
tajemnicę wyrobu broni i uzbrojenia i z czasem również i
one zaczęły parać się kowalstwem i pomimo pewnej
niezdarności i toporności w nadawaniu kształtu, udało im
się stworzyć własne miecze i zbroje.

Niespokojne czasy

Niedługi czas potem na południowym wschodzie
coraz więcej zaczęło pojawiać się band i szczepów
orczych, z których część jak zwykle należała do zwykłych
band zbójców, natomiast inni byli uchodźcami ze swojej
rodzinnej ziemi, z której ich wygnano. Również ze
wschodu, od elfów, dochodziły dziwne wieści, jakoby orki
coraz częściej najeżdżały ich bory. Część najwyraźniej
poszukiwała schronienia przed czymś, o czym mówić nie
chcieli, inni w liczniejszych bandach pragnęli tylko
rozlewu krwi.

Wtedy to właśnie pośród mnichów zrodziła
się myśl, iż oręż przeklęty może stać się święty,
o ile tylko prawi ludzie nim władają i w sposób
odpowiedni. Świętopełk z Promienia jako pierwszy pod swoją
opiekę wziął kilku tropicieli i rozpoczął wśród nich
naukę słowa Fulka. Pragnął uczynić z nich świętych mężów,
których zadaniem byłaby ochrona wszelkiego istnienia przed
złem, i celu swego dopiął. Z początku niewielu ich było,
ale z czasem pojawiło się znacznie więcej i przyjąwszy
nazwę zakonu paladynów, ludzie ci przemierzali szlaki i
bezdroża, często ratując życie bezbronnym wędrowcom.
Wydali oni bezwzględną wojnę łowcom i wkrótce bandy
rabusiów zostały zepchnięte do swoich siedzib w niedostępnych
miejscach.

Od kilku lat pogłoski z południowo
wschodniej granicy stawały się coraz bardziej niepokojące.
Z czasem nawet najbardziej beztroscy z kupców zaczęli dawać
im wiarę, kiedy orcze bandy pojawiły się w centrum kraju,
przerażone i poszukujące miejsca, gdzie mogłyby się
osiedlić. Nawet niektórzy łowcy zaczęli się zastanawiać,
czy przypadkiem nie należałoby połączyć sił. Niestety,
to opamiętanie przyszło za późno. Hordy Grrumscha
Straszliwego uderzyły wtedy, gdy chaos w kraju panował
największy.

Najazd orków

Okrutny to był czas i niewielu go przeżyło.
Hordy orczych morderców paliły wsie, miasta, zabijały
kobiety, dzieci, starców. Nie miały poważania dla nikogo,
a najgorzej obchodziły się z tymi, którzy należeli do
ich własnej rasy. Morze krwi spłynęło w wielu bitwach.
Nawet zamki - te niezwyciężone twierdze będące synonimem
trwałości - zostały po kolei zdobyte i spalone. Niektórzy
mówią, że orkom towarzyszyły wtedy ciemne siły - demony
i wilkołaki, ale ja pewien jestem, że te opowieści biorą
się ze strachu, albowiem orki wtedy na potężnych wilkach
jeździły i używały ich jako wierzchowców. Zwykłe konie
na ten widok przeważnie stawały dęba i nie chciały ruszać
do boju. Jedynie znakomicie wyszkolone wierzchowce paladynów
dawały sobie z tym radę, tych jednak niestety było
stanowczo zbyt mało.

Grrumsch Straszliwy natarł od południowego-wschodu,
z szerokich stepów, które zamieszkiwały orcze plemiona
nomadów. Zjednoczeni pod sztandarem płomieni palili i
grabili wszystko, co stanęło im na drodze. Z początku
zaskoczenie ludzi było tak wielkie, że nie byli oni w
stanie zebrać się i stanąć do walki. Z zastraszającą
prędkością orczy pomiot przemierzał świat.

Pierwszym miejscem oporu ludzi, gdzie hordy
Grrumscha straciły nieco impetu, był Ostrogród - znane z
wielu legend zamczysko, podówczas siedziba kupieckiego rodu
Keltów. Jako iż zamek ten był jednym z największych w
okolicy, a orki na machinach oblężniczych niespecjalnie się
znały, tedy Grrumsch obłożył je oblężeniem, podobnie
jak okoliczne miasto jak i znajdującą się w okolicy
enklawę krasnoludów. Okoliczne wsie spalono, mieszkańców
wymordowano na oczach obrońców. Miasto się załamało i
otworzyło swoje bramy, ale ich również spotkał los
podobny, pomimo słowa dawanego przez Grrumscha. Od tego
czasu mówi się, że słowo orka jest słowem węża.

Jednakże masakra obrońców miasta tylko
utwierdziła załogę twierdzy, że poddać się nie mogą.
Nie mieli nadziei na ratunek, ale postanowili walczyć do końca.
Zapasy żywności powoli się kończyły, lecz Sigurd Kelt -
najstarszy z rodu - dodawał im otuchy, odważnie samemu
stając na murach w czasie szturmu pomimo tego, iż miał
ponad osiemdziesiąt lat. Pomimo iż orkowi łucznicy często
brali go sobie na cel, albowiem jego wysoka postać łatwa
była do zauważenia w bitewnym zamęcie, nigdy żadna strzała
go nie trafiła, a on szydził z nich i śmiał się.

Grrumsch, widząc że nic tu nie wskóra,
uciekł się do podstępu i po wielokrotnych rozmowach z
obleganymi gnomami i krasnoludami udało mu się zawiązać
z nimi sojusz, dzięki któremu mieli oni udostępnić mu
swoje machiny, a także włączyć się do walki po stronie
orków. Nikt nie wie, do jakiej magii ucieł się Grrumsch,
aby nakłonić tych bedaków to służby, ale faktem jest,
że część krasnoludów związała się z nim i dla niego
walczyła.

Oblężenie Ostrogrodu zakończyło się w
momencie, kiedy Grrumsch otrzymał swoje machiny. Obrońców
było już niewielu i byli wielce wycieńczeni. Widząc zbliżającą
się klęskę, postanowili umrzeć z honorem i Sigurd Kelt
poprowadził swoją ostatnią szarżę na orcze szeregi,
ruszając wprost na wzgórze, na którym znajdował się obóz
Grrumscha. Zginął śmiercią bohatera w walce z elitarnymi
oddziałami jego gwardii przybocznej. Grrumsch Straszliwy
nakazał spalić zamek, który tak spowolnił jego marsz po
zwycięstwo.

Wilhelm Świetlisty

Waleczna obrona Sigurda pozwoliła innym rodom
kupieckim porozumieć się i zebrać siły. Dużą rolę
odegrał tutaj ród Chandos, gdyż jako pierwszy wysłał
poselstwa do pozostałych rodów, nawet do Arrawnów, z którymi
pozostawał w dość napiętych stosunkach. Posłano też
wici do Boru Elfów, pozwalając aby wspólne zagrożenie
zmniejszyło dystans dzielący magiczne elfy od nieufnych co
do magii ludzi.

W rozmowach z elfami dość sporą rolę
odegrał kościół Fulka, który pomimo podziału na odłamy
wschodni i zachodni, potrafił znaleźć odpowiednie
argumenty, dzięki którym udało się skłonić mieszkańców
Boru do współpracy. Powoli oddziały elfickich łuczników
i tropicieli przenikały na zachód, gromadząc się pod
Duscard - siedzibą rodu Chandos.

Po raz pierwszy hordy Grrumscha poniosły klęskę
w kilka lat później, w trakcie bitwy na Psim Polu.
Grrumsch po dość srogiej zimie zebrał zapasy i swoje
armie, aby ruszyć na dalszy podbój. Spodziewał się, że
pomimo pewnego opóźnienia uda mu się zrealizować swoje
cele, jakim było zagarnięcie całego - a przynajmniej połowy
- świata. Na szczęście Wilhelm Chandos Świetlisty,
paladyn Fulka, dowódca sił rodu Chandosów, wystarczająco
wcześnie dowiedział się o wymarszu Grrumscha i zebrawszy
swoje wojska ruszył mu naprzeciw.

Niewielka była to armia, jednakże sprawna i
zdyscyplinowana. Wilhelm Świetlisty napotkał przednią
straż Grrumscha plądrującą okolice wsi Psie Pole. Nie
namyślając się długo, wydał rozkaz ataku i ciężka
jazda runęła na zaskoczone orki. Nawet jednak z
rozproszonym przeciwnikiem walka była zacięta. Lotni
kurierzy, gdy tylko otrząsnęli się z pierwszego szoku,
ruszyli powiadomić główne siły swojej armii o napadzie.
Widząc to, Chandos zarządził odwrót. Paladyni i
tropiciele pozostawili za sobą wielu rannych i zabitych. Wściekłość
Grrumscha, który przybył na miejsce bitwy była tym większa,
że pod Psim Polem zginął kapitan jego przybocznej gwardii
- Marak Łowca Bawołów.

Wilhelm Świetlisty przez pewien czas nękał
jeszcze przeciwnika drobnymi najazdami, ale ciężka jazda
niezbyt dobrze sprawdzała się w tej taktyce. Na szczęście
z rodzinnych ziem doszły go wieści, że jego brat - Filip
- gromadzi coraz większą armię. Przybyli już elfi
tropiciele, pojawiły się regimenty krasnoludów, a nawet
niewielki oddział zbrojnych procarzy hobbickich. Wilhelm
nie tracił czasu, tylko zawrócił do zamku.

Zebrawszy przybyłe oddziały, które nigdy
chyba ani wcześniej, ani potem, nie pojawiły się w tak
wielkiej liczbie, Wilhelm Świetlisty stanął na ich czele
i z błogosławieństwem kapłanów Fulka ruszył wyzwalać
ziemie zajęte przez hordy najeźdźców. Grały werble,
rozbrzmiały pieśni bojowe i świat wyruszył na wojnę.

Wilhelm od razu skierował się na zamek
Lagrast, gdzie znajdował się garnizon orków strzegący
drogi do Ostrogrodu. Obłożył twierdzę oblężeniem i z
pomocą krasnoludów i gnomów, które odnalazły tajne
przejście wiodące do zamku, wdarł się do środka i błyskawicznie
przejął ów ważny punkt.

Bitwa pod Enklawą

Na wieść o oblężeniu Lagrast i zagrożeniu
swojej kwatery głównej - spalonego Ostrogrodu, Grrumsch
zarzucił swoje plany podboju północnej części owych
ziem i czym prędzej pospieszył na odsiecz. Wilhelm również
nie zwlekał, gdy tylko zabezpieczył twierdzę, natychmiast
zebrał wierne mu siły i pod sztandarami rodu Chandosów
pospieszył po zwycięstwo. Górzysty teren nie sprzyjał
szybkiemu marszowi, dlatego też Świetlisty podjął decyzję
o podzieleniu swoich wojsk na dwie części i kazał ciężkiej
kawalerii przybyć do Ostrogrodu od południa.

Nieszczęśliwa to była decyzja, jak się miało
już wkrótce okazać. Główne siły Wilhelma natknęły się
na armię Grrumscha pod Enklawą i jasne było, że tam
zostanie stoczona główna bitwa w tej wojnie. Orków było
sto tysięcy, a Wilhelm miał ze sobą jedynie pięć tysięcy
zbrojnych, tysiąc elfich tropicieli i tysiąc pięciuset
krasnoludów. Dwa tysiące jazdy znajdowało się wtedy dzień
drogi od przełęczy i nie było sposobu na to, aby siły te
dotarły na czas. Wilhelm obawiał się, że samą liczbą
orki ich zaleją. Ustawił swoje wojska w pozycji dogodnej
do obrony i pchnął posłańców po kawalerię.

Grrumsch, widząc iż jego przeciwnik znajduje
się w lepszej pozycji, postanowił zagrać swoją kartę
atutową i na czoło swojej armii pchnął regiment
sprzymierzonych z nim krasnoludów. Na ich widok wśród ich
współbraci wiernych Świetlistemu rozległy się jęki
rozpaczy. Nie chcieli oni walczyć przeciwko krajanom. Długo
Wilhelm do nich przemawiał, przemawiały też elfy, hobbici,
ale za nic nie udało się skłonić krasnoludów do walki.
Opuścili oni swoje stanowiska i z pobliskiego wzniesienia
postanowili obserwować losy bitwy, roniąc łzy nad losem,
który tak ich pokarał.

Gdy krasnoludy odeszły, hordy Grrumscha
Straszliwego wręcz zalały wojska Chandosa. Orki wraz z
krasnoludami starły się z ludźmi i elfami. Elfickie łuki
zbierały krwawe żniwo, podobnie nie szczędzili sił
hobbiccy procarze. Gdy zabrakło strzał, wsparli oni
zbrojnych. Trupy wkrótce utworzyły wielki stos, krew lała
się strumieniami. Wojska Wilhelma jednak zdawały się
wytrzymywać ową nawałnicę. Trwało to prawie do zachodu
słońca.

Widząc, że frontalny atak się łamie,
Grrumsch postanowił przypuścić szturm na pozycje
zajmowane przez elfów. Pchnął tam świeże oddziały
swojej gwardii przybocznej wraz ze zdradzieckimi
krasnoludami. Przez chwilę elfy opierały się temu
atakowi, jednakże po chwili stało się jasne, że smukłe
i delikatne istoty nie będą w stanie utrzymać się dłużej.
Wilhelm zauważył to i na czele oddziału kilkunastu
paladynów ruszył wesprzeć zagroną flankę. Walczył jak
lew i wielu wrogów zabił. Niestety, nie starczyło jego i
jego towarzyszy, aby powstrzymać tę szaleńczą nawałę.
Wilhelm Świetlisty zginął w boju, zrzucony z wierzchowca,
który do końca bronił swego pana i niejedną orczą
czaszkę rozbił. Tym, który zadał ostateczny cios był
krasnolud - Gutharc Młot.

Gdy upadł sztandar Wilhelma, wśród obrońców
zgasła nadzieja. Ich opór słabł, a w orki jakby wstąpiła
nowa siła. Grrumsch dał rozkaz do ostatecznego szturmu.
Krasnoludy stały na wzgórzu i lejąc rzęsiste łzy patrzyły
na masakrę, która toczyła się tam, na dole. Do walki
jednak wciąż nie ruszały, taka bowiem była ich miłość
do krajanów, że pomimo ogromnej niesprawiedliwości, nie
byli w stanie podnieść na nich ręki.

Bitwa zdawała się być przegrana, kiedy u
wylotu przełęczy pojawiły się proporce kawalerii
Wilhelma. Pędząc jak wiatr udało im się dotrzeć na
miejsce szybciej, skoro tylko pozostawili za sobą ociężałe
tabory. Nie wahając się ani chwili, Filip Chandos dał
znak do ataku. Jeźdźcy wbili się klinem w orczą hałastrę
i brnąc po trupach przedarli się w końcu do nielicznych
pozostałych przy życiu obrońców. Grrumsch, widząc nadciągające
posiłki, nakazał swojej armii odwrót. Nielicznym udało
się umknąć morderczym lancom i mieczom ludzkiej jazdy, ze
stu tysięcy wojowników ocalała jedynie dziesiąta część.

Tak zakończyła się bitwa pod Enklawą -
pomimo iż wygrana leżała po stronie ludzi i elfów, to
jednak śmierć Wilhelma Świetlistego i ogromne straty
poniesione w tych zmaganiach sprawiły, iż opadł
entuzjazm. Zabrakło głosu wołającego "Naprzód!",
zabrakło zdecydowania i determinacji. Wykrwawione oddziały
wróciły do swoich domów, część tropicieli Chandosa
zostało w zamku Lagrast, aby strzec zachodu przed najazdami
orków. Zdawało się, że Spalona Przełęcz będzie granicą
między ziemiami Grrumscha a marchiami zachodnimi.

Poświęcenie krasnoludów

Krasnoludy jednak nie odeszły. Filip Chandos,
odjeżdżając, rzucił im w twarz słowo
"zdrajcy!" i nie chciał mieć z nimi więcej do
czynienia. Obelga ta zaciążyła na obecnych tam
wojownikach i ci, czując że ich honor został splamiony,
chociaż wcześniej dokonali takiego, a nie innego wyboru,
teraz postanowili odkupić swoją bierność. Niektórzy
twierdzą, że Filip Chandos miał rację, inni mówią, że
uczynił to pochopnie, powodowany gniewem. Nie mnie to
oceniać albowiem jego czyn doprowadził krasnoludy do podjęcia
decyzji, która miała zaważyć na dalszych losach Nowego
Świata.

Zdeterminowany oddział stu ochodników pod
przywódctwem Haralda Twardej Skały wyruszył w stronę
Ostrogrodu, gdzie według ostatnich wiadomości, obozował
Grrumsch Straszliwy. Szli w milczeniu, ze świadomością
tego, czego mają dokonać. Poruszali się bezdrożami,
czasem dzielili na mniejsze grupki, żeby uniknąć coraz częstszych
patroli wroga. Po dwuch tygodniach udało im się dotrzeć
na miejsce. Ujrzeli w dolinie ogromną warownię otoczoną
drewnianym częstokołem, w której środku powiewał
sztandar Grrumscha.

Przez kilka dni kopali tunel wiodący pod częstokołem
do środka i kiedy był on już gotowy, w nocy zakradli się
do środka. Niewielkimi grupkami przedostali się w okolice
dobrze strzeżonego namiotu Grrumscha i na znak Haralda
zaatakowali. Zaskoczenie orków było całkowite i zanim się
spostrzeżono, krasnoludy znalazły się w ogromnym
namiocie, w którym akurat odbywała się narada. Harald
Twarda Skała rzucił się na Grrumscha i położył go
jednym ciosem swojego potężnego topora. Pozostałych
obecnych spotkał podobny los.

Krasnoludy wiedziały doskonale, co się
stanie potem: cały obóz rzucił się na nich z furią i
bez litości. Udało im się jeszcze zabrać ze sobą
kilkaset orczych głów, ale nie byli w stanie już uciec -
a może nie chcieli? Ocalał tylko jeden - Gifri Kamyczek,
na tyle mały, że po przebraniu się w orcze łachmany i
ubrudzeniu twarzy, nikt nie rozpoznał w nim krasnoluda.
Gifri powrócił, aby opowiedzieć pozostałym, że Harald
zmył z narodu krasnoludzkiego piętno hańby. Zaprawdę,
wielkim był on bohaterem.

Chaos wśród orków

Wraz ze śmiercią wielkiego wodza i jego
najlepszych popleczników, wśród orczych hord zapanowała
anarchia - nie było wiadomo, kto miałby zostać następcą
Grrumscha, tak więc o to miano walczyli wodzowie poszczególnych
plemion. Z czasem nastąpiły kolejne podziały, bratobójcze
walki pomiędzy szczepami. Gdy zabrakło silnej ręki, orki
powróciły do swoich dawnych zwyczajów.

Wiadomość ta doszła do uszu wielu,
natomiast tylko Ludwik z Opola, dość znany i przedsiębiorczy
kupiec, postąpił tak, jak powinni postąpić wszyscy:
zmobilizował swoich strażników, posłał prośbę do
przeora paladynów, prosząc o wsparcie i obiecując
ufundowanie opactwa oraz rozpoczął dyskretny werbunek
dodatkowych sił. Po miesiącu jego niewielka armia, w której
znalazło się też kilkudziesięciu przedstawicieli innych
ras, wyruszyła na wschód przez zamek Lagrast i Spaloną
Przełęcz.

Skłócone ze sobą orcze plemiona nie były
trudnym przeciwnikiem. Stoczywszy kilka wygranych potyczek,
Ludwik z Opola zajął Ostrogród i zawarłszy układ z żyjącym
w okolicy plemieniem Lwa rozpoczął jego odbudowę.
Zatrudnił do pracy krasnoludzkich kamieniarzy z Enklawy i
ludzkich rzemieślników. W niedługim czasie zamek i miasto
podźwignięto z ruin i zaczęło się ono ponownie rozwijać.

Wielce dziwnym wydawał się paladynom ten
sojusz z orkami, jednakże Ludwik wiedział doskonale, że
musi zdobyć sobie jakichś sprzymierzeńców na tych
niespokojnych ziemiach. Popierane przez orki niewolnictwo
stało w jawnej sprzeczności ze słowem Fulka. Podobnie ściągnięcie
krasnoludów z Enklawy, którzy w wojnie z Grrumschem stali
po przeciwnej stronie, wywołało zamieszanie w ich
szeregach. Pomimo iż Ludwik obiecał ufundowanie opactwa,
paladyni wrócili na zachód.

Początek państwa

Pomimo odejścia paladynów, Ludwik nie
zrezygnował z sojuszu z orkami, co więcej, zobowiązał się
do udzielenia im zbrojnej pomocy, jeżeli tylko zajdzie taka
potrzeba. Był to pierwszy przypadek, kiedy człowiek
sprzymierzył się z orkiem. Dzięki temu przymierzu i
nadaniu sojusznikom ziemi w okolicach Spalonej Przełęczy,
uzyskał on strażników swojej zachodniej granicy.

Rozprawiwszy się szybko z kilkoma innymi
pomniejszymi szczepami orków, Ludwik wytyczył nowy szlak
na wschód, szybszy i bezpieczniejszy, niż ten nadmorski.
Na kramach kupieckich pojawiły się znowu wspaniałe wyroby
elfickiego rzemiosła, a wozy ciągnęły na wschód żelazo
i kruszec. Bezpieczny szlak handlowy okazał się być dla
Ludwika istną żyłą złota.

Dopiero ponowne otwarcie drogi do elfów uświadomiło
kupcom z marchii zachodnich, że się spóźnili. Przejazd
przez terytorium Ludwika, podobnie jak i terytoria innych
kupców, był płatny, w związku z czym to jego kupcy mieli
najkorzystniejsze ceny i to oni zawsze sprzedawali najwięcej.
Ostrogród zaczął opływać w dostatek. Dodano kolejne
umocnienia, obwarowano miasto. Napływali kolejni osadnicy.
Pod rządami Ludwika marchia rozwijała się i kwitła.

Najazdy z zachodu

Nie spodobało się to niektórym kupcom.
Kilku z nich zaczęło szemrać, że może by tak odebrać
Ludwikowi Ostrogród, wytrzebić orki i samemu zagarnąć te
bogactwa. Na szczęście idea kolejnej wojny nie zyskała
poparcia u ważniejszych rodzin kupieckich.

Najbardziej zdecydowanym zdobyć dla siebie
Ostrogród był niejaki Malcolm z Falaise. Widząc, że nie
uzyska wsparcia od innych, postanowił on doprowadzić do
tego, żeby Ludwik sam zaatakował i wtedy pozbawić go
godności kupca Ostrogrodu.

Najechał on kilka razy na wioskę orków, nie
czyniąc specjalnych szkód, ale zabijając kilkunastu
mieszkańców. Pierwszy najazd nie wyglądał groźnie, więc
został zignorowany, natomiast drugi i trzeci zasmuciły
bardzo Worna Polującego-Lwa, wodza plemienia, który po
namyśle poprosił Ludwika o przysłanie swoich strażników.

Zwiedziawszy się o tym, Malcolm wyruszył
razem z następną wyprawą, teraz już mającą na celu całkowite
zniszczenie wioski. Jego strażnicy zostali odparci przez
strażników i tropicieli Ludwika, natomiast sam Malcolm
uciekł. Gdy wrócił do zamku, oskarżył Ludwika o
podburzanie do buntu i sprzyjanie orkom. Na ten znak czekali
wynajęci przez niego bandyci i zbóje, niegdysiejsi łowcy,
a także pomniejsze grupki strażników z okolicznych rodów.
Na państwo Ludwika z zachodu spadła nawałnica małych
najazdów, z których każdy kończył się spaloną wsią
lub chatą.

Pomoc kościoła

Ludwik wiedział, że sam nie będzie w stanie
powstrzymać najeźdźców, nawet przy pomocy
sprzymierzonych z nim orków i krasnoludów. Dlatego też
ponownie pchnął posłańców do zakonu paladynów Fulka i
oddając się w ręce przeora poprosił o ratunek.

Mnisi nie zwlekali ani chwili. Zbrojny oddział
paladynów wyruszył na zachodnią granicę, aby zaznaczyć
iż od tej chwili Ostrogród znajduje się pod ich opieką i
że każda napaść będzie traktowana jak napaść na
wojowników Fulka. Malcolm, pozbawiony możliwości bezpośredniego
ataku, wszczął starania o uczynienie ziemi Ostrogrodu wspólną
prowincją wszystkich kupców.

W swej wielkiej mądrości przeor ustanowił
Zgromadzenie Kupców, które ma służyć Ludwikowi radą i
pomocą. Zakazał również niewolnictwa, które do tej pory
było czasem praktykowane wśród ludzi, często natomiast wśród
orków i sprzymierzonych z nimi krasnoludów. Zachował
nadania Ludwika dla wszystkich plemion i klanów, jednakże
pod warunkiem uwolnienia...

Tutaj kończy się Liber Mundi, jakby kopista (albo
autor) nie zdążył dokończyć dzieła. Od owych czasów
nie dzieli nas wiele - kilkadziesiąt lat może. Mamy
nadzieję, że ten fragment historii pozwoli każdemu
czytelnikowi poznać jak powstał Ostrogród i jego okolice,
a także napełni go mądrością i rozwagą, aby błędów
popełnionych przez przodków wystrzegać się w przyszłości.