S?dehalt dziś (1206)

Kot wyprężył grzbiet, zeskoczył z wygodnego miejsca na zapiecku i podszedł do mężczyzny siedzącego w rogu ławy. Chociaż gość przychodził tu od niedawna, zwierzę dobrze wiedziało, że może liczyć z jego strony zarówno na kawałki mięsa z bigosu, jak i należne mu pieszczoty. Ocierając się o jego nogi, głośnym pomiaukiwaniem obwieścił swoją obecność.
- Tu jesteś, mały sukinsynu - wyjął z talerza kawałek kiełbasy i rzucił na podłogę.

Kiedy Krystian przyszedł po raz pierwszy do karczmy i zwierzę powitało go jak starego przyjaciela, odtrącił je kopniakiem. Nie chciał zwracać na siebie niczyjej uwagi; zbyt wiele było wokoło oczu, zbyt wiele mieczy. To już nie było stare S?dehalt, gdzie wśród głupców, niedobitków i tych, co nie mieli już dokąd odejść, byli królami życia. On, jego kamraci i oczywiście sam Reinhard van der Messner. To oni stanowili tam prawo pisane ostrzem noża i grotem strzały. Nawet Malagerowie nie kiwnęli palcem, żeby coś tu zmienić. Tak oto powoli umierało stare S?dehalt.

Aż do czasu, kiedy przypomniała sobie o nim Yvonell. Wysłała nawet swojego syna, żeby przywrócić miastu świetność. Krystian pamiętał go ? widział, jak książę stoi na środku placu i płomienną mową próbuje tchnąć w mieszkańców nadzieję. Pomyślał wtedy, że wygląda trochę jak mały chłopiec, który bawiąc się w wojownika i księcia bierze swoją zabawę zbyt poważnie. A potem, jak przystało na małego chłopca, wsiadł na konia i odjechał, zostawiając namiestnika. Wtedy zaczęły się dla ludzi van der Messnera gorsze czasy. Namiestnik, stary prawy rycerz, zaczął walkę z tymi, którzy dotychczas stanowili prawo S?dehalt. Nie pomogło to jednak miastu ? pomyślał z satysfakcją Krystian. Stary musiał sobie w końcu darować i załamać ręce. Chyba nawet on miał dość tego miejsca.

Ogłoszono więc, że wybudują nowe miasto, nowy Ostrogród, na miejscu wolnym od wszelkiego plugastwa - cokolwiek by to właściwe znaczyło. Wtedy Krystian zniknął, podobnie jak większość jego kompanów ściganych przez prawo. Sześć miesięcy ukrywał się w lasach, jak szczuty lis, zanim zdecydował się przyjechać. I, jak się okazało, wbrew swoim obawom zastał zupełnie inne miasto ? takie, w którym mógł czuć się całkowicie bezpiecznie.

Mężczyzna wyciągnął z torby fajkę, odpalił ją od jarzącego się w izbie paleniska, po czym wrócił w półmrok panujący w rogu ławy. Kot wskoczył mu na kolana i, podnosząc pysk, nadstawił kark do pieszczoty. Krystian przejechał ręką po gładkiej sierści i uśmiechnął się do siebie.

- Nie za dobrze ci, sierściaty zbóju?
Zwierzę spojrzało na niego porozumiewawczo, ukazując podrapaną mordkę.
- Już dobrze, przyjacielu, w końcu to Nowe S?dehalt, a tu tacy jak my nie mają się źle.
Była to rzeczywiście prawda. Od tamtego momentu, kiedy wyszedł z ukrycia i po raz pierwszy, kryjąc się w półmroku, usiadł w rogu karczmy, jego pieskie życie zupełnie się odmieniło.

Nie zastanawiał się nigdy, czemu miasto nazwali w końcu Nowym S?dehalt, a nie, jak zapowiadali, Nowym Ostrogrodem. To była sprawa władców, nie jego. Mówili, że zmienili tę nazwę po wizycie krasnoludów i że zrobili to po cichu, ot, jakby nic się nie stało i miasto zawsze miało się tak nazywać. Mówili też, że Yvonell się wściekła, kiedy się o tym dowiedziała i nakazała przywrócić nazwę Ostrogród. Tak, jakby mogła jeszcze tego żądać!

Dla niego jednak miasto to tylko miasto, złoto wszędzie brzęczy podobnie, a piwo i dziwki smakują tak samo. Trochę się skrzywił jedynie wtedy, kiedy zobaczył, że ze starego miasta wzięto nie tylko nazwę, ale i namiestnika. Jednak, jak się potem okazało, jego obawy były zupełnie bezpodstawne. O ile stary rycerz radził sobie w walce przeciwko kuszom i mieczom, to w starciu z lawiną pergaminów, kruczków prawnych i pełnomocnictw nie czuł już się dobrze. Jeżeli chciało się naprawdę coś załatwić, trzeba się było teraz zwrócić do sekretarza namiestnika. W Starym S?dehalt zdobywało się pozycję nożem i pięścią, lawirując pomiędzy gangami a fortem na Czarnym Wzgórzu; w Nowym - złotem, pergaminem i słowem szeptanym przez życzliwą osobę we właściwe ucho. Gdy było się sprytnym, można się było dobrze urządzić, niezależnie od przeszłości. Tak jak Reinhard van der Messner, który stał się bliskim znajomym samego sekretarza namiestnika. I tak jak Krystian, prawa ręka van der Messnera. Mężczyzna zaciągnął się dymem i zmrużył oczy jak kot. ? W sumie to nawet wygodniejsze ? pomyślał filozoficznie. ? Nóż może się wyślizgnąć w z ręki, a sakiewka nawet jak się wyślizguje, to tylko w czyjeś ręce i większy z tego pożytek.

Inną kwestię stanowiły krasnoludy. Sprowadziły się tu, wybudowały domy, kupiły ziemię za miastem ? mówiono, że pod kopalnię - i dużo od nich zależało. Nie, żeby łatwo było dostać się pod ich protekcję; ale kiedy już się to udało, można było wiele zdziałać. Ich wpływy widać było choćby w karczmie. Wszyscy wiedzieli, że weszli z karczmarzem w spółkę i - choć był on człowiekiem, z którym liczono się w mieście - nie było wątpliwości, że w tym układzie to krasnoludy mają ostanie, decydujące słowo.

Zresztą nie tylko krasnoludy się tu ostatnio pojawiły. Wraz z przejeżdżającymi karawanami przybywały też orki i gnomy. Bywały również, choć nieczęsto, elfy. Ich akurat brak Krystianowi nieszczególnie przeszkadzał.

Rozejrzał się wokół siebie po karczmie. Wszystko wyglądało zwyczajnie, ale jeśli ktoś zaczął się przysłuchiwać, słyszał, że niektórzy bywalcy mówią z wyczuwalnie obcym akcentem. Mieszkańcy Starego S?dehalt nie wystarczyli, aby zasiedlić nowe, rozwijające się miasto, dlatego też pojawiało się coraz więcej osadników z dawnej Marchii. Przybywali z rodzinami, swoimi równo pomalowanymi wozami i wszyscy, jak na rozkaz, stawiali te same proste i porządne domy z drewna. W Nowym S?dehalt można było spotkać najróżniejszych ludzi. Ba, podobno przyjechali nawet jacyś ze spalonej Osady - ale kto by się akurat nimi przejmował!

Krystian polubił to miasto. Nie tylko dlatego, że żyło mu się tu dobrze, ale ze względu na to, jakie było. A było takie, jak on sam - łapczywe, pazerne, ciekawe i żywe. Ciągle coś tu się zmieniało, rosło, ludzie przyjeżdżali i osiedlali się lub odjeżdżali. Pojawili się dziwni magowie i wypytywali o coś szlachetnie urodzonych. Chodziły też plotki, że sam Rodryk z Wolnego Miasta ma odwiedzić miasto w czasie swojej podróży do Duscard. Z kolei na słupach pojawiły się tajemnicze cesarskie ogłoszenia o grach wojennych. Nowe S?dehalt było miastem, które wciągało i zaskakiwało.

Mężczyzna wstał i klaśnięciem dłoni wezwał karczmarkę. W tym miejscu, przynajmniej on, zdecydowanie nie miał się czego bać. W końcu ? myślał - kto powiedział, że zbóje muszą siedzieć zaczajeni na trakcie? Za stary jestem na taką robotę.



tekst: Anna ?Labruja? Głomb