Osada (1206)

Drzewo i ja mamy podobną naturę. Nasze dusze są zwęglone i ciche. Nie potrzebuję już chleba ani piwa, tak jak Drzewo nie potrzebuje już ofiar z krwi ani deszczu. Myślę, że sczerniały kikut zaczyna już próchnieć i niedługo zacznie się kruszyć, żeby połączyć się ziemią. Tam, skąd wyrosło; tam, gdzie czeka moja zbielała kość. Czuję bliskość jego korzeni; pełzną w ziemi jak roje podziemnych węży.

Nie czułam ognia, który spalił moje ciało i myślę, że Ono też go nie czuło. Pamiętam tylko, że spadli na nas nocą, jak drapieżne ptaki. Otoczyli nas kołem, kiedy w Nowy Rok odprawialiśmy Rytuał Oczyszczenia. My mieliśmy też zmienić się, tak jak wcześniej przemieniło się już Drzewo. I kiedy teraz o tym myślę, to rozumiem, że naprawdę tak się stało! Choć może niekoniecznie o taką zmianę mi wtedy chodziło. Moje ciało rozpada się, tak jak niszczeje zwęglony pień drzewa, ale dusza żyje, tak jak nieśmiertelnie żyje Drzewo. I nie czuję już tego strachu, który paraliżował mnie w tamtą noc. W świetle pochodni, wśród krzyków, skomlenia o litość, nie można było rozróżnić, kto jest wrogiem, kto bratem. Padłam na ziemię i czołgałam się, chcąc się wydostać z zasadzki, kiedy nagle poczułam ból na plecach i wilgotne ciepło własnej krwi. Położyłam głowę na ziemi, tak jak w ostatniej godzinie przytula się do kogoś bliskiego i pomyślałam, że Ono tam gdzieś głęboko musi mieć swoje korzenie.

Umarłam młodo. Za młodo; jeszcze dwa lata temu, kiedy powróciła Królowa, myślałam, że moje życie będzie długie i jasne. Czułam na sobie spojrzenia chłopców i uśmiechałam się do nich. Byłam ciekawa świata, Osada otwierała się; odwiedzali nas goście i pielgrzymi, jedni tylko na chwilę, inni zostawali na dłużej. Lubiłam z nimi rozmawiać, słuchać nowin ze świata i podglądać, jak przyjezdne kobiety splatają włosy. Nasza Królowa wydawała mi się trochę zbyt surowa, ale może ona miała taka być? Była w końcu też sprawiedliwa i rozumiała więcej niż my.

W ogóle nie zwracałam wtedy zbyt dużo uwagi na Królową. Właściwie tylko raz dłużej niż przez chwilę o niej myślałam. To było niedługo przed rocznicą jej powrotu do Osady; leżałam wśród wysokich traw, kiedy nagle zobaczyłam ją, jak wspina się po Wzgórzu. Byłam ciekawa gdzie idzie i przez chwilę szłam za nią. Dopiero kiedy się odwróciła i przez moment wydawało mi się, że mogła mnie zobaczyć, pochylona, biegnąc, wróciłam do domu. Królowa zniknęła wtedy na kilka dni. W Osadzie ludzie szeptali; jedni mówili, że widzieli ją, jak snuje się między drzewami w głębi lasu, inni twierdzili, że dostrzegli ją w pobliżu fortu, lub przy zarosłych trawą ruinach przy brodzie. Spierali się o to przez cały dzień; ?Czy to Królowa włóczy się polami jak żebraczka??, pytali - jedni z troską, inni z zaskoczeniem. Ci, którzy wyruszyli za nią, żeby wesprzeć ją słowem i modlitwą, nie powrócili już nigdy. Chcę myśleć, że oni tak naprawdę odeszli wtedy z Osady do miasta. Ja też powinnam wtedy odejść, uciec nocą, albo rzucić koszyk do zbierania jagód w lesie i nie oglądać się za siebie. Może, gdybym tak zrobiła, moje ciało nie leżałoby teraz w płytkim, zarastającym świeżą trawą grobie.

Zostałam jednak i nie myślałam więcej ani o Królowej, ani o tym, co ludzie mówili. Moim światem było lato, moja skóra pachniała szałwią, rozmarynem i słońcem. Skąd miałam wiedzieć, że coś się zmienia, jeżeli nie myślałam o przeszłości ani przyszłości, istniało dla mnie tylko teraz. Może nie wyczuwałam tego, co się dzieje, bo większość czasu spędzałam poza Osadą, wśród łąk i pól? Czasem tylko, kiedy z oddali patrzyłam, jak oddawane są Drzewu kolejne ofiary, łapał mnie za gardło ten strach, którzy czują żywi, kiedy wyczuwają w powietrzu śmierć. To już nie byli tylko cesarscy, a ceremonie odbywały się częściej - jakby Drzewo zrobiło się głodne; a zapach krwi sprawiał, że kręciło mi się w głowie. Dzisiaj dobrze rozumiem ten lęk; nawet spłoszone zwierzęta uciekają przed ciszą spalonej Osady. One mnie wyczuwają.
Kiedy byłam mała, lubiłam leżeć pod Drzewem i patrzeć w górę na słońce prześwitujące między liśćmi. Matki chętnie zostawiały tam dzieci same, bo w końcu gdzie mogło być bezpieczniej, jeżeli nie w ramionach Świętego Drzewa? Potem coraz rzadziej widywałam dzieci śpiące pod Drzewem; mówiono im, że to nie miejsce dla nich. Także pielgrzymi nie mogli często podejść pod samo Drzewo. Słyszałam, że taka jest prośba. Królowej, i myślałam - czy cień Drzewa należy do niej, że ma prawo odmawiać go podróżnym? Czy należy do niej stukanie dzięcioła w korę Drzewa i orzechy buczynowe zbierane przez wiewiórki? Kiedyś pytaliśmy się Drzewa o radę, a potem radzono, co należało zrobić; gdy nastała nowa Królowa decyzja należała do już tylko Królowej.

Niektórzy z nas odchodzili z Osady. Nie widziałam w nich jednak ani chęci przygody, ani ciekawości świata. Raczej żal i gorycz. Pamiętam, jak mój brat wrócił do domu wzburzony i w pośpiechu pakował swoje rzeczy. Jeszcze niedawno myślałam, że zostanie tu na zawsze; marzył, żeby zostać Wolnym Strażnikiem. A teraz cichym głosem mówił, że woli zostać szewcem w mieście. Może zresztą to był lepszy wybór? Nie chciałabym, żeby był taki jak ci, którzy zostali, aby zostać Strażnikami. Nie pochodzili z Osady, a ja przyśpieszałam kroku, kiedy słyszałam ich gwizdy i zaczepki.

Nie żyję, nie czuję zapachów, nie słyszę głosu, tak jak potrafią słyszeć i czuć żywi. Jednak jakimś zmysłem, danym tylko nam umarłym wiem, co się wokół mnie dzieje. Wiem, kiedy słońce oświetla ziemię, w której leżę, i kiedy kruszą się spróchniałe kawałki spalonego Drzewa. Wiem też o ludziach, którzy tu przychodzą. Kiedyś, kiedy przyszli ci, którzy nazywali siebie Wolnymi Strażnikami i chodzili po moim grobie, miałam ochotę wystraszyć ich, jak to robią zmarli w opowieściach dla dzieci. Mogłabym wyć, pociągnąć ich za rąbek zielonego płaszcza białą kością i patrzeć, jak uciekając gubią miecze i łuki. Mogłabym zrobić to wszystko i jeszcze więcej, ale nie chciałam. Należę już do innego świata i ich życie nie powinno mnie obchodzić.

Czekałam tylko na jedną nowinę i teraz, kiedy wiem, czuję spokój. Myślałam o tych, których znałam i kochałam. Czy też zginęli, czy ich kości leżą gdzieś blisko - a może rozszarpały ich drapieżne zwierzęta? A może udało im się przeżyć i tułają się gdzieś po świecie rozproszeni? Nowiny przychodziły powoli, zbierałam po kawałku strzępki rozmów ukradzione podróżnym. Podobno niektórym udało się uciec. Podobno Królowa zebrała ich i poprowadziła w okolice miasta; chyba nazwało się Sodehalt. Jak bardzo się cieszyłam, kiedy się o tym dowiedziałam. Gdybym tylko mogła klaskać moimi suchymi rękami z radości! Od tego czasu wyczekiwałam każdej wiadomości o Osadzie. Każdego słowa, jakie niosły szeleszczące trawy i owadzie skrzydła. I wiem już, że oni żyją, że żyje Osada, choć niektórzy mówią o niej, że jest tak inna, dziwna i boją się tam przychodzić. Gdybym tylko mogła tam przyjść i jeszcze raz ich zobaczyć, na pewno bym się nie bała.

Leżę blisko Drzewa, tak jak wtedy, kiedy byłam dzieckiem. I choć Drzewo się zmieniło, to jest tak samo cicho i bezpiecznie. Czarne, zwęglone kawałki drewna osypują się na ziemię i gniją, ale Drzewo żyje, tak jak będzie żyło zawsze. I myślę o tych, którzy przeżyli, gdziekolwiek teraz są. I wiem, że póki oni są, Osada żyje.

tekst: Anna ?Labruja? Głomb