Leśne Życie
Już bezpośrednio po ataku Gilberta Moivre’a i jego nieumarłych oddziałów na
Drzewo dla mieszkańców Osady stało się jasne, iż ich społeczność poniosła
znaczne straty. Wielu zginęło walcząc przeciwko najeźdźcom, liczni oddali życie
w rytuałach mających wzmocnić, ochronić Drzewo. Gdy ustało bitewne podniecenie i
minęły pierwsze chwile radości ze zwycięstwa, zorientowano się, iż rany były o
wiele poważniejsze niż się tego spodziewano. W rzeczywistości walka toczyła się
nie tylko pod samym Drzewem, ale w całym lesie. Zginęła ponad połowa mieszkańców
Osady. Życie oddało też wielu mieszczan, gwardzistów, kilka elfów i inni którzy
pospieszyli Lasowi z pomocą. Ucierpiały również zwierzęta i drzewa. Słudzy
nieumarłego Moivre’a podpalili w kilku miejscach las. Uciekające z niego w
popłochu zwierzęta padały łatwym łupem najeźdźców.
Niemniej radość z odparcia tak poważnego zagrożenia była ogromna. Władcy Lasu
zarządzili całonocne modły dziękczynne do Drzewa. Towarzyszyły im zabawa i
świętowanie zwycięstwa. Tuż przed złożeniem ofiar dziękczynnych Drzewo ogłosiło
swoją wolę. Miano od tej pory zrezygnować ze składania ofiar z krwi lub życia
istot zamieszkujących las. Poniósł on zbyt duże straty w ostatniej bitwie, by
pozwolić sobie na kolejne osłabienie.
Tymczasem konieczne pozostawało wzmacnianie Drzewa wieloma regularnymi
rytuałami i ofiarami. Młode bóstwo potrzebowało pieśni, modłów i życiodajnych
sił ofiar by podnieść się po wyczerpującej walce, wzmocnić i rosnąć w siły.
Mieszkańcy Osady zrozumieli, iż przyjdzie im szukać darów dla Drzewa poza Lasem.
Pamiętając o pomocy jakiej udzielili im Ostrogrodczycy w ostatniej bitwie, jak
również ze względu na więzy krwi i przyjaźni łączące niektórych Leśnych z
mieszczanami, niechętnie patrzono na możliwość pozyskiwania ofiar z miasta. Nie
chciano burzyć dobrych stosunków z sąsiadami. Pozostawał tylko jeden teren łowów
– drugi brzeg rzeki. Nikt przecież nie miał płakać po kilku cesarskich
legionistach, czy kręcących się wokół wrogich wojsk kupcach.
Nowe obszary łowieckie były trudne. Wciąż wywiązywały się potyczki z
nieumarłymi. Na Czarne Wzgórze przybywało też wielu niebezpiecznych magów.
Wkrótce jednak tereny po drugiej stronie rzeki okazały się niezwykle bogate w
zwierzynę jakiej potrzebowali wyznawcy Drzewa. Pierwsze jesienne chłody
przyniosły ze sobą regularne oddziały wojsk cesarskich, jakże bardziej przydatne
niż błąkające się dotychczas w okolicach Wzgórza martwiaki.
Osada przygotowywała się do zimy. Gromadzono zapasy. Beczkowano miód, solono
mięso, uszczelniano domy i leża. Osadę wypełniał zapach suszonych grzybów i
jagód, rozgrzanych jesiennym słońcem ziół oraz wędzonych ryb.
W rozświetlone pełnią księżyca noce spod Drzewa unosił się dym kadzideł,
rozlegały dźwięki bębnów, piszczałek, głosy czczących Drzewo. W pieśniach
sławiono moc i mądrość bóstwa. Wzywano na świadków duchy lasu. Modlono się o
płodność, przetrwanie i powodzenie Osady. Nocny wiatr daleko niósł śpiew, wesoły
śmiech i ekstatyczne okrzyki wiernych Drzewu.
Natomiast gdy księżyc zakrywał swoją twarz czarnym welonem, w noce nowiu Osada
pozostawała cicha. O zmierzchu czujni strażnicy patrolujący las nad rzeką,
cichymi skinieniami głowy żegnali udających się na drugi brzeg. Dopiero gdy
uspokoiła się po ich przejściu tafla wody i zagłębili się w ciemny las, Król dął
w róg by dać znak do rozpoczęcia świętego polowania.
Dobrze. Tylko pamiętaj, że wcale nie chciałam ci o
tym opowiadać. I na duszę świętej pamięci mojej matki, a twojej ciotki
nachyl się tu bliżej! Przecież cała karczma nie musi słyszeć. Już i tak mają
mnie za szaloną lub kłamczuchę. Zresztą, my sobie ufamy, ale po co inni mają
wiedzieć, że czasem interesy zmuszają mnie by zapuścić się na cesarski
brzeg. Dobrze więc. Sprawy o których nie warto wspominać... Nie rechocz
głupio! Właśnie tym razem chodziło o coś zupełnie innego; spowodowały, iż
podczas ostatniej bezksiężycowej nocy wspinałam się w kierunku Wzgórza. Co?
Jasne, że nie bałam się martwiaków. Miałam przecież ten amulet, co jeszcze
dawno temu kupiłam za odznakę Inkwizytora od pewnej wiedźmy z Osady. No może
i tak. Trochę się bałam. W każdym razie cicho jak łasica skradałam się przez
las. Miałam spotkać moich klientów u południowo wschodniej podstawy Wzgórza.
Co jakiś czas z głębi lasu dochodziło mnie jakby granie rogu, ujadanie psów.
Początkowo składałam to na karb napiętych nerwów. Później pomyślałam: widać
dowództwo legionu urządza sobie nocne polowanie. To by wyjaśniało dlaczego
żołnierze mieli trochę więcej luzu i mogli wymknąć się na spotkanie ze mną.
Dochodziłam na niewielką polankę gdzie się umówiliśmy. Zwolniłam by nie
poślizgnąć się na skałach. Przed sobą słyszałam już głosy znajomków,
widziałam punkciki żarzących się fajek. Nagle gdzieś za moimi plecami,
całkiem blisko, rozległo się wycie. Wcześniej raz tylko takie słyszałam i
wierz mi poznałam je od razu. Wilkołak! Natychmiast wcisnęłam się w
szczelinę w skałach. Starałam się nie powodować najmniejszego hałasu, nie
oddychać, nie pachnieć. Wyciu odpowiedziały z przeciwległej strony prawie
ludzkie skowyty i granie rogu. Nad moją głową przeskoczył dysząc czarny
cień, zaś z las po drugiej stronie polanki wyłonili się ludzie. Ja ich w
każdym razie za takich wzięłam. Jednak znajdujący się bliżej przybyłych
legioniści zobaczyli w nich raczej istoty z koszmaru, gdyż zamiast chwycić
za broń, z wrzaskiem rzucili się do ucieczki. Wataha ruszyła za nimi. Na jej
czele na olbrzymim, białym, spienionym dziku cwałował pokryty wzorami z
zakrzepłej krwi rosły mężczyzna. Jego twarz i włosy przykrywała maska, głowę
koronowały jelenie rogi. Mówię ci! Jednym ciosem buławy roztrzaskał zarówno
hełm jak i głowę dziesiętnika. Resztę cesarskich dopadli pozostali.
Widziałam mężczyzn uzbrojonych w siekiery i noże. Część z nich biegnąc
podpierała się przednimi rękoma. Poruszali się jak zwierzęta. Z dzikim
wyciem skoczyli na legionistów. Zarzucali na nich sieci. Przygniatali do
ziemi. Stawiających najzacieklejszy opór zabijali. Były tam też nagie,
pomalowane w spiralne wzory kobiety o błyszczących szaleństwem oczach.
Tańczyły i śpiewały pieśń, od której zjeżyły mi się wszystkie włosy na
karku. Atakowały żołnierzy tym co akurat nawinęło im się pod ręce.
Kamieniami, kijami, bronią ich zabitych towarzyszy. Przysięgam ci, widziałam
jak jedna z nich krępowała jeńca jelitami wyrwanymi jego kamratowi. Myślałam
już, że wbrew wszelkiemu rozumowi zacznę za chwilę wrzeszczeć ze strachu,
kiedy wyobraź sobie kogo zobaczyłam?! Mojego Erfa! Tak, tak tego
drobniutkiego, wiecznie czerwonego ze speszenia gdy ze mną rozmawia, rymarza
z Osady, co od wiosny uderza do mnie w konkury. Wcale nie peszył się gdy
ruszał z wielkimi nożycami na cesarskich, nie zająknął się nawet wyjąc jak
wściekły pies.No i jak ja ma go przywitać gdy znów stanie u mnie
na progu z kwiatami, podarkami i tą po dziecinnemu przylizaną grzyweczką, z
której tak się śmiałaś? Mówisz, że teraz przynajmniej widać, że chłop nie
jest takim strasznym fajtłapą?! Zwariowałaś! Gdy go tam zobaczyłam w ogóle
bałam się już ruszyć. Świt zastał mnie na tych skałach.
Plotki szybko rozeszły się po Ostrogrodzie i okolicach. Podobnymi
opowieściami straszono dzieci, zabawiano przyjezdnych. Brakowało jednak godnych
zaufania, naocznych świadków. Mieszczanie, zwłaszcza ci utrzymujący bliższe
kontakty z Osadą, zdawali sobie sprawę, że część z tego musi być prawdą. W końcu
i oni słyszeli rozbrzmiewające w bezksiężycowe noce, z drugiej strony rzeki,
myśliwskie rogi. Kto wie może to sami czarni magowie, nekromanci i inne
paskudztwa wyrzynały się między sobą? Zresztą nikt w mieście, nawet znający całą
prawdę, nie mieli za złe Leśnym ataków na cesarski brzeg. Wręcz przeciwnie, tym
chętniej stawiano im piwo gdy z rzadka pojawiali się w karczmie.
Jesień okazała się długa i ciepła. Kiedy wreszcie zima otuliła las białą,
puchatą kołdrą, mieszkańcy Osady przywitali ją dobrze przygotowani, z pełnymi
spiżarniami. Nastał czas zimowego snu, długich wieczorów wypełnionych cudownymi
opowieściami i stopniowego pałaszowania konfitur malinowych, orzechów w miodzie
i solonych rydzy.
***
Wiosną 1155 roku życie w Lesie rozkwitło bujnie jak świeże pąki na gałęziach
silnie przyciętych drzew. Osadę wypełniła radosna krzątanina. W serca
mieszkańców wraz z nastaniem wiosennej równonocy wstąpiła nowa nadzieja. Właśnie
wtedy Królowa Lasu urodziła dwie córki. Jedna z bliźniaczek przyszła na świat
przed nastaniem północy, druga tuż po. Nad ich głowami jasno świeciła połowa
tarczy księżyca. Niemowlęta ułożono na ziemi, pomiędzy konarami Drzewa, które
pobłogosławiło dzieci, nakazując by traktować je jako te, które pewnego dnia
obejmą w opiekę i władanie cały Las. Mieszkańcy Osady przywitali wydarzenia nocy
z żywiołową radością. Wyprawiono ucztę na cześć Dziedziczek Lasu. Oczywiście
starano się nie zakłócać zbytnimi hałasami spokoju Królowej. Druidzi wróżyli z
krwi pępowinowej dzieci. Zapowiedzieli, iż narodziny dziewczynek zwiastują
nastanie idealnej równowagi w Osadzie i na otaczających ją ziemiach. Las miała
wypełnić harmonia wszystkich aspektów natury: powstawania i niszczenia, rodzenia
owoców i łowów, wzrostu i usychania, życia i śmierci.
Rzeczywiście, wraz z pojawieniem się małych Dziedziczek Lasu życie w Osadzie
jakby okrzepło. Ludzie z większym optymizmem i spokojem patrzyli w przyszłość,
wiedząc, iż po śmierci obecnych Władców, rządy będą mogły objąć ich
błogosławione przez Drzewo dzieci. Mieszkańcy lasu z werwą przystępowali do
swoich zajęć. Krok po kroku Osada odbudowywała siły po mającym miejsce dwa lata
wcześniej ataku.
Pierwsze urodziny Dziedziczek stały się okazją do wielkich uroczystości.
Złożono wiele ofiar, odprawiono liczne modły, zaśpiewano radosne i wzruszające
pieśni. Zaproszono nawet gości z Ostrogrodu. Zgodnie ze starym zwyczajem miano
wywróżyć dziewczynkom czekającą je przyszłość, to jaką wybiorą w życiu ścieżkę.
Przed dziećmi rozłożono drobne przedmioty codziennego użytku, monetę, sztylet,
strzałę, pióra różnych ptaków, kwiaty, gałązki, skrawki futra, kości, kamienie.
Starsza z sióstr długo oglądała drobiazgi. Wreszcie zdecydowała się podnieść
niewielką gałązkę Drzewa. Bawiła się nią wyginając ją, śmiała się patrząc jak
witka sprężynując powraca do poprzedniego kształtu. Małej przepowiedziano rolę
kapłanki Drzewa. Miała ja cechować wielka znajomość natury, zachowania i woli
zielonego bóstwa. Młodsza siostra bez wahania podniosła z ziemi stary kościany
nóż. Uderzała nim o ziemię tak uparcie i z taką siłą, iż pożółkła kość pękła.
Dziewczynce wywróżono drogę wojowniczki; miała walczyć pozostając wierną
najstarszym prawom Lasu.
Dzień pierwszych urodzin sióstr zabarwiła też odrobina smutku. Druidka Col od
lat przewodnicząca miejscowemu kręgowi druidycznemu zdecydowała się o świcie
następnego dnia wyruszyć wraz z towarzyszami w powrotną drogę do rodzinnego
Terrain.
Tej ostatniej nocy w Lesie, ułożyła się do snu w korzeniach Drzewa. Poprosiła
bóstwo o proroczy sen, ostatnią wróżbę do przekazania przyjaciołom z Osady.
Długo nie mogła zmrużyć oka. Wreszcie, nie zauważyła gdy nadszedł sen. Zdało jej
się, że nadal leży pod Drzewem. Był jasny słoneczny dzień. W pierwszej chwili
sądziła, iż po prostu przebudziła się rankiem. Szybko jednak zdała sobie sprawę,
iż nie może się poruszać, jedynie patrzeć. W Osadzie i wokół Drzewa biegały i
bawiły się dzieci. Druidka poznawała starsze z nich. Wszyscy: od malców po
nastolatki nosili czarne stroje cesarskich legionistów.
Rano zaniepokojona Col opowiedziała sen Królowi i Królowej. Nikt nie był
pewien jak go interpretować. Drzewo milczało nie udzielając dalszych wskazówek.
W oczywisty sposób sen zwracał uwagę na zagrożenie ze strony Cesarstwa. Czy jego
cień miał paść na potomstwo Osady?
Władcy Lasu zasięgnęli w tej sprawie rady starszyzny Osady. Chcąc zapewnić
dzieciom bezpieczeństwo, zadbać by malcy nie wałęsali się bez opieki i
uniemożliwić młodszym nastolatkom uczestnictwo w ryzykownych eskapadach na drugi
brzeg, wprowadzono zakaz opuszczania lasu przez wszystkich poniżej trzynastego
roku życia. Spotkało się to z wyraźną aprobatą rodziców i głośnym sprzeciwem ze
strony dwunastolatków. Właśnie udawało im się powoli wstępować w świat
dorosłych, gdy nagle jednym nakazem zrównano ich z najmłodszymi dziećmi! Jak
miała pokazać przyszłość, znaleźli się gotowi złamać nowe prawo.
***
Kolejne lata stanowiły czas wzrostu i prosperity Osady. Mimo czającego się na
przeciwległym brzegu niebezpieczeństwa Drzewo krzepło, rosło w siłę otaczając
opiekuńczymi konarami tych, którzy zdecydowali się zawierzyć mu swoje życie.
Druidka Col zaniosła wiarę w Drzewo do ojczyzny, gdzie szybko zyskiwała ona
nowych zwolenników. Wieść o Drzewie Duchów łatwo zapuściła korzenie w sercach
kochających ziemię, naturę Terrańczyków. Z ust do ust przekazywano sobie jej
słowa, opowiadano o cudownej, zawsze obsypanej młodymi, zielonymi liśćmi gałęzi
jaką druidka otrzymała od Drzewa. Gałąź ta miała odegrać jeszcze pewną rolę w
historii Terrain. To jednak zupełnie inna historia...
Niektórzy młodzi Terrańczycy zachęceni opowieściami Col wyruszali by uczyć
się w Osadzie i służyć Drzewu. Często ta podróż w poszukiwaniu wiary i mądrości
stawała się ich sposobem na sprawdzenie się, wejście w dorosłość. Wyjeżdżali z
domu nie wiedząc co odnajdą w tej położonej na skraju Cesarstwa krainie, w
Cudownym Lesie.
Tymczasem z biegiem lat dzieci Osady z taką samą niecierpliwością oczekiwały
wkroczenia w dorosłość, rytuału inicjacji w wieku trzynastu lat.
Imre nie mógł jeść ani spać już od kilku dni. Nie
potrafił skupić się na żadnym zajęciu dłużej niż przez chwilę. Wielkimi
krokami zbliżała się noc pełni kiedy z czwórką rówieśników miał przejść
rytuał Otwarcia Ścieżek. Tej nocy przestanie być dzieckiem. Stanie się
dorosłym mężczyzną, pełnoprawnym członkiem Osady. Myśli wypełniała mu
mieszanina strachu, dumy i podniecenia. Ciągle rozmawiał z Tirnuelem i
Merivem o czekającej ich uroczystości. Właściwie Silka również skończyła
niedawno 13 lat, jednak jako dziewczynka większość obrzędów miała odbyć z
dala od nich, wraz z kobietami. Chłopcy oczywiście zastanawiali się czym
będzie różnić się jej inicjacja, Silka nie chciała jednak uczestniczyć w ich
rozważaniach. Od swoich urodzin zaczęła strasznie zadzierać nosa. Zagadywana
nie chciała rozmawiać, napomykając tylko o jakiś kobiecych tajemnicach. Tak
jakby wiedziała cośkolwiek więcej od nich! Starsi bracia i kuzyni również
milczeli jak głazy. Wywracali z tajemniczymi minami oczami, powtarzając:
„Sam zobaczysz”.W końcu nadszedł oczekiwany wieczór. Była piękna
letnia noc. Las pachniał rozgrzaną kora, kwiatami, wilgotną ziemia. Złoty
księżyc świecił jasno. Dzieci rozdzielono, każde z nich miało podążyć w
innym kierunku, w głąb lasu. Imre wyruszył na południowy wschód. Przez jakiś
czas szedł zastanawiając czego powinien wypatrywać, nadsłuchiwać. Las wydał
mu się obcy, odmieniony przez niestałe księżycowe światło. Zaczął
zastanawiać się czy nie zawędrował zbyt daleko. Może zbłądził i odszedł już
zbyt daleko?Z ulgą powitał znajome głosy. Słyszał jak nawołują
go po imieniu. Zwrócił się w kierunku, z którego dochodziły. Rzeczywiście,
teraz wyraźnie dostrzegał pomiędzy drzewami niewielkie płomyki, światła.
Wkrótce podszedł na tyle blisko by rozpoznać kuzynów, wujków, starszych
kumpli. Był tam nawet jego ojciec. Odetchnął z ulgą. „Tu jestem” – zamachał
ręka wychodząc spomiędzy krzaków. Nikt jednak nie zwrócił na niego uwagi.
Dalej nawoływali go, szukali w okolicznych zaroślach. Stał zdezorientowany.
Dlaczego udawali, że go nie widza? Przechodząc potrącali go, jakby w ogóle
nie dostrzegając, tego którego równocześnie tak zawzięcie szukali. Imre
poczuł się nieswojo. Po pewnym czasie przestał ich zaczepiać.Wtem ojciec zaczął szlochać i rozpaczać. Pozostali
natychmiast przybiegli do niego. Pytali o powód smutku. Przestraszony Imre
również tam podszedł. Ojciec oznajmił wszystkim, iż jego mały synek umarł, a
on nie może nawet znaleźć jego ciała, by je godnie pochować. Wtedy Imre
przeraził się nie na żarty. Może naprawdę umarł? Czy dlatego go nie
widzieli? „Twój synek będzie miał godziwy pogrzeb” – pocieszył ojca stary
mężczyzna. „Zamiast niego pochowamy to uschnięte drzewko” - wskazał na
Imrego. Ojciec i inni zebrani przystali na ten pomysł. Chłopiec próbował
uciekać, ale szybko złapali go, związali i mimo rozpaczliwych protestów
zawinęli w biały całun. Starzec nakreślił mu na powiekach uczernionym palcem
pionowe kreski, jakimi pieczętuje się oczy zmarłych. Omdlałego z wysiłku i
płaczu Imrego, szlochający żałobnicy ponieśli w głąb lasu. Tam, jak
nakazywał pogrzebowy zwyczaj, umieszczono go w dziupli starego zmurszałego
drzewa. Otwór zakryto deskami, uszczelniono gliną i trawą.Przez niewielką dziurę, z której wypadła trawa,
oniemiały chłopiec patrzył jak odchodzą, pocieszając wciąż rozpaczającego
ojca. „To z pewnością tylko próba” – pomyślał. „Chcą zobaczyć czy się nie
przestraszę. Jeśli zniosę to ze spokojem, jak mężczyzna, wrócą po mnie”
Bolało go zesztywniane ciało, brakowało powietrza. Dziupla zdawała się
zaciskać. „A jeśli nie zniosę tego mężnie? Zacznę krzyczeć ze strachu... Czy
wtedy też po mnie wrócą?” Czas płynął nieznośnie wolno. Chłopiec kilka razy
zasnął na chwilę, może zemdlał. Próbował krzyczeć mimo zasłoniętych ust.
Wkrótce cieszył się z zakrywającego go ściśle całunu. Dzięki niemu
zamieszkujące drzewo chrząszcze i skolopendry nie mogły wślizgnąć mu się do
uszu, czy nosa. Starał się nie otwierać oczu. Nie mógł powstrzymać się od
spoglądania na małą szczelinę, przez którą przenikało księżycowe światło.
Gdyby tylko potrafił prześlizgnąć się przez nią... Łzawiącymi oczami
wpatrywał się w światełko, wyobrażając sobie jak obdzierając sobie skórę na
uszach przepycha najpierw głowę. Barki przeszły już prawie same. Wyzwolony,
ciesząc się swobodnym ruchem pomknął przez las. Drzewa śmigały obok niego
zlewając się w zieloną toń. Balansując czerwonym jak płomyk ogonem
przeskakiwał pomiędzy konarami. Księżyc oświetlał podniebne ścieżki w
koronach drzew.Tej nocy las wypełniał hałas i podniecenie. Trwało
polowanie. Młody ryś i wilczyca walczyli o swoją pozycję w Lesie. Kret
poznawał podziemny świat pomiędzy korzeniami. Imre widział to wszystko,
wiedział, obserwował. Zabawy wielkich zwierzaków, duchów bawiły go, ale tak
naprawdę nie interesowały. Pamiętał jednak kto będzie ich ciekaw. Drzewo
cierpliwie wysłuchało chaotycznej, wypełnionej radosnym popiskiwaniem
opowieści młodej wiewiórki. Otuliło liśćmi gdy zasypiał.Królowa zdjęła delikatnie chłopca z gałęzi.
Mamrocząc coś przez sen przytulił się do niej. Kreśląc na jego czole symbol
drzewa, wyszeptała mu nowe, dorosłe imię. Będzie je pamiętał, gdy obudzi
się. Kiedy powrócą inni i rozpocznie się świętowanie.
Podczas rytuału inicjacji Drzewo wysyłało młodym mieszkańcom osady
totem-ducha opiekuńczego, który miał nad nimi czuwać przez resztę życia.
Zyskiwali również dorosłe imię.
Z biegiem lat Drzewo wspierane siłą Leśnych, otoczone szacunkiem i wiarą
przybywających pielgrzymów rozrosło się umocniło. Nabrało rozwagi, spokoju. Choć
nadal podczas największych uroczystości, pośród szelestu liści, w skrzypieniu
gałęzi słyszano głos, Drzewo nie dawało teraz mieszkańcom Osady tylu rad,
wyjaśnień. W końcu znali jego wskazania, nie byli już też dziećmi.
***
Wiosną 1162 roku rozpoczęło się zmasowane uderzenie Cesarstwa na Ostrogród.
Miasto nie zostało przez nie całkowicie zaskoczone. Już od jakiegoś czasu
umacniano mury, przygotowywano maszyny obronne.
Osada przyglądała się tej krzątaninie ze spokojem Wcześniej, za radą Drzewa,
uzbroiła się, wystawiono straże. Wciąż odnawiano rytuały ochronne mające osłonić
Drzewo i Las. Zdecydowano, iż Osady nie stać na udzielenie zbrojnego wsparcia
miastu. Ostrzeżono natomiast Ostrogrodczyków o nadchodzącym niebezpieczeństwie.
Początkowo nie wierzono w rojenia dzikusów. Dopiero szpiedzy powracający z
cesarskiego brzegu przekonali spierających się rajców. Część ludności
ewakuowano, pozostali rozpoczęli przygotowania do oblężenia. Inżynierowie
konstruujący balisty, katapulty i trybuszety, zgodzili się, iż do budowy
największych maszyn potrzebne były stare, wysokie i proste drzewa z głębi Lasu.
Dla zachowania dobrych stosunków z Osadą, formalnie poproszono o zgodę na
wycięcie drzew. Następnego dnia nadeszła odpowiedź: Drzewo żądało krwi za
żywicę. Po burzliwych obradach rajcy odrzucili propozycję jako niedorzeczną i
bezczelną w sytuacji gdy Ostrogród potrzebował każdego obrońcy. Z obu stron
padło wiele niepotrzebnych, nieprzyjemnych słów.
Nim legiony przekroczyły rzekę, większość Leśnych schroniła się w Osadzie,
wokół Drzewa. Królowa wraz z druidami rozpoczęła rytuał Szarych Mgieł mający
ukryć las przed intruzami. Cicho śpiewając, prosiła Drzewo by zakryło leśne
ścieżki przed wzrokiem wroga. Otaczał ją krąg druidów. Każde z nich unosiło do
góry kościaną kadzielnicę wypełnioną żarzącą się wilgotną korą i ziołami.
Wydobywający się z naczyń dym, zawisnąwszy nad lasem zamieniał się w długie
pasma mgły. Ciężki, szary opar zakrył drzewa. Patrole najlepszych wojowników
cicho rozbiegły się po lesie. Razem z nimi podążył Król Lasu. Leśne oddziały
odnalazły i wybiły większość otumanionych, zagubionych legionistów. Reszta
uciekła.
Osada ponownie obroniła się. Las poniósł jednak olbrzymie straty. Cesarscy
legioniści zdecydowali się odciąć Osadę od rzeki ścianą ognia. Podpalono drzewa.
Czarne kikuty jeszcze przez wiele lat miały przypominać o wizycie sąsiadów zza
rzeki. Tylko dzięki krótkiej, nagłej ulewie pożar nie przeniósł się do samej
Osady.
Osada ponownie obroniła się. Jeszcze bardziej wzmocniła się wiara i ufność
mieszkańców w Drzewo. Odwiedzający Osadę wędrowcy, kupcy do innych cudownych
opowieści dołączają tę o ochronie jaką dało swoim wyznawcom przed Cesarstwem. Do
Osady pielgrzymowało coraz więcej osób. Prosili o zdrowie, płodność, pomyślne
zbiory, ochronę przed ciemnymi mocami, zdjęcie uroku. Nadal jednak las wokół
Osady pozostał nieprzystępny dla obcych. Osoby, które nie odwiedziły wcześniej
Osady, nie cieszące się zaufaniem Drzewa, szybko gubiły się w lesie powracając
wciąż w te same miejsca lub raz za razem wychodząc z niego. Dlatego
podróżujących przeprowadzali na miejsce przewodnicy z Osady, bądź Wolni
Strażnicy.
Ostrogród również korzystał z obecności pielgrzymów i kupców. Często nocowali
oni w mieście, przy okazji kupowali tam rożne przedmioty, załatwiali interesy.
Część pielgrzymów zostawała w Osadzie na stałe. Rozpoznawali w niej swój
prawdziwy dom, do którego podświadomie tęsknili przez wiele lat. W Lesie
znajdowali też schronienie różnego rodzaju odmieńcy, wilkołaki, pół-wróżki, nie
mogący liczyć gdzie indziej na spokojne życie.
***
Nastały lata bodajże największego rozkwitu Osady. Dzięki obecności
pielgrzymów i kupców stała się gwarnym, tętniącym życiem miejscem. Wielu
przybywających postrzegało Ostrogród jako podupadłe miasteczko położone opodal
słynnego Lasu Drzewa.
Sami mieszkańcy Osady pozostawali przyjaźnie nastawieni do Ostrogrodu. Tylko
nieliczni powoli, starając się z tym nie afiszować, rozpoczynali nieśmiały
handel z ludźmi żyjącymi przy cesarskim garnizonie po drugiej stronie rzeki. Oni
też potrzebowali skór, leśnych ziół, wosku i miodu. W gruncie rzeczy, czy była
aż tak duża różnica między parającymi się nekromancją cesarskimi, a paktującymi
z demonami Ostrogrodczykami?
Większość mieszkańców Osady pozostawała nieprzejednanymi wrogami Cesarstwa.
Niewątpliwie przewodził im Król Lasu, z radością wspominający dawne bitwy i
tęskniący za ostatecznym pozbyciem się niechcianych sąsiadów. Zdawał sobie
sprawę, iż Cesarz, obwołujący się jedynym bogiem, zapragnie wreszcie
skonfrontować swoje siły z coraz sławniejszym Drzewa. Pamiętał też o wspólnym
dziedzictwie Ostrogrodu i Osady. Z radością patrzył na młodszą córkę wyrastającą
na silną i nieustępliwą wojowniczkę.
Ognistowłosa dziewczyna często przewodziła wypadom na cesarską stronę rzeki.
Osada żyła jej wciąż nowymi zuchwałymi wyczynami. Dzięki niej odnowiły się
zwykłe, towarzyskie kontakty pomiędzy Ostrogrodem a Lasem. Często razem z grupą
przyjaciół spędzała miłe wieczory w miejskiej karczmie. Młodzi Ostrogrodczycy
okazali się pod wieloma względami podobni do rówieśników z Osady. Im również
trudno było znieść bliskość cesarskich wojsk. Mimo prawie dwudziestu lat jakie
upłynęły od ostatniego ataku legionów i ewakuacji miasta nadal żyli w strachu,
niepewni jutra. W zaciszu domów marzyli, rozmawiali o zaatakowaniu i
odepchnięciu stacjonujących za rzeką wojsk. Odważne, pełne wiary w powodzenie
takiego przedsięwzięcia, słowa ognistowłosej córki Króla Lasu dały im siły by
pierwszy raz poważnie rozważać, planować taki atak. Zdając sobie sprawę z
przychylności Osady, rozpoczęli ciche przygotowania.
Jak grom z jasnego nieba spadła na Osadę wiadomość o porwaniu przez
cesarskich żołnierzy kilkorga dzieci. Planowano złożyć je w ofierze podczas
zbliżającego się rytuału, za dwa dni. Pojawiły się domysły jakoby miał on być
wymierzony bezpośrednio w krnąbrną Osadę. Wiadomość o porwaniu przekazał
najmłodszy z malców, któremu udało się uciec i wrócić do Lasu. Dzieci
przetrzymywano za Wzgórzem, w samym centrum obozu. Niewielka ekspedycja
ratunkowa nie miała szansy tam dotrzeć. Zdecydowano się zaatakować.
Wszyscy chętni i zdolni do walki zaczęli gorączkowo przygotowywać się do
nadchodzącej bitwy. Posłano wici do Ostrogrodu. W Osadzie, oprócz starców,
dzieci i ciężko chorych, miała pozostać w zasadzie jedynie Królowa, starsza z
córek oraz kilkoro strażników. Mieli prosić Drzewo o wsparcie dla walczących.
Ich zadanie stanowiła też bezpośrednia ochrona Drzewa, w wypadku gdyby
wydarzenia potoczyły się w tragiczny, nieoczekiwany sposób.
O świcie następnego dnia połączone siły stawiły się nad rzeką. Naprzeciw nie
wyszła im, jak się spodziewano, jedynie załoga miejscowego garnizonu. Razem z
nią ruszyły nieprzebrane, doborowe oddziały. Musiały dopiero co przybyć nad
Księżycową Rzekę. Było już jednak zbyt późno na jakiekolwiek wahanie. Zresztą,
teraz gdy wreszcie zdecydowali się na otwarty atak, ludzie nie mieli już dłużej
ochoty żyć czując zgniły oddech Cesarstwa na karku. Widząc, że legioniści
zaczęli wchodzić na bród, Król Lasu dal sygnał do ataku. Rozpętała się bitwa.
Szybko okazała się rzezią połączonych sił. Zza Wzgórza wciąż napływały kolejne
oddziały. Nadchodzący legioniści byli prawie wpychani przez kolejnych, na swoich
już walczących kolegów. W końcu cesarskie oddziały zaczęły nieznacznie cofać
się. Grupie Leśnych i Ostrogrodczyków udało się zdobyć niewielki przyczółek na
drugim brzegu. Gdy reszta ich towarzyszy weszła do rzeki by do nich dołączyć,
wody pociemniały i wzburzyły się. Pomiędzy przechodzącymi, z mętnej kipieli
wyłoniły się chwytające i wciągające ich w mulistą toń dłonie. Rzeka zaroiła się
od oślizgłych ciał nieumarłych. Cesarscy legioniści z radością i ulgą
obserwowali ostateczną klęskę Ostrogrodu i Osady.
Ognistowłosa niechętnie uległa woli ojca i nie ruszyła do walki wraz z
głównymi oddziałami. Poprowadziła niewielką grupę mającą, korzystając z bitewnej
zawieruchy, uwolnić dzieci. Z wyprawy powróciło jedynie dwóch mężczyzn. Jeden
zmarł już w Lesie, ale nim zdążył dotrzeć do Osady. Drugi przeżył na tyle długo
by opowiedzieć o śmierci córki Władców Lasu.
Z rozpoczęciem głównej bitwy do lasu po drugiej stronie rzeki wyruszyły
specjalne, zaprawione w leśnych walkach cesarskie oddziały. Ponadto do każdej z
grup przydzielono doświadczonego myśliwego lub tropiciela oraz maga. Za zadanie
mieli odnaleźć Osadę, Drzewo i zniszczyć je.
Uskrzydleni posłańcy swoim krakaniem ostrzegli Królową przed zbliżającym się
atakiem. Po krótkiej naradzie z córką zdecydowała się przeprowadzić rytuał
Splątanych Konarów, który miał całkowicie odciąć Osadę od zewnętrznego świata.
Przygotowywały go razem przez wiele miesięcy. Miały nadzieję, że nigdy nie
zakończą, nie przypieczętują rytuału. Teraz wirowały w tańcu. Pogrążone w
transie okrążały Drzewo w przeciwnych kierunkach. Z niesionych mis wyrzucały w
górę, wysoko w gałęzie Drzewa barwiony na czerwono piasek i zmieloną korę. Pył
zastygał pomiędzy konarami tworząc w powietrzu chaotyczne, urywane wzory.
Zamieniały się one w splątane, cienkie i blado połyskujące witki. Nowe gałązki
rosły desperacko szybko by połączyć się z konarami Drzewa. Dotykając ich
wrastały głęboko. Korona Drzewa gęstniała od nowych, wijących się gałęzi.
Wkrótce trudno było dostrzec pomiędzy gałęziami niebo.
Konary wciąż rozrastały się, zieleniąc, obsypując liśćmi i rozpełzając w
otaczającym Osadę lesie. Młode pędy potrzebowały wilgoci, życiodajnych sił by
rozwinąć się w pełni. Tego dnia swoje życie i krew poświęcili prawie wszyscy
najstarsi mieszkańcy Osady.
Gdy wreszcie skończono obrzędy, w Osadzie zapadła całkowita cisza.
Zgromadzeni pod Drzewem nadsłuchiwali. Początkowo spokój zakłócało jedynie
popłakiwanie najmłodszych dzieci i odgłosy dalekiej bitwy. Po pewnym czasie
duszną, ciężką ciszę zaczęły przerywać co jakiś czas stłumione przez mgłę
krzyki. Z każdym z nich na Drzewie pojawiało się broczące gęstą, brązowawą krwią
pęknięcie.
Najdroższa !
W końcu udało mi się znaleźć spokojniejszą chwilę,
by skreślić do Ciebie kilka słów. Mam nadzieje, iż mój list zastanie Cię w
dobrym zdrowiu. Ja czuję się znakomicie. Wybacz proszę Żono, bezpośrednią
formę tego listu. Żyjąc na pograniczu dziczy, w żołnierskim obozie,
upodabniam się do tych twardych, prostych ludzi. Obawiam się, iż dopiero
Twój czuły wzrok zdoła na powrót uczynić mnie cywilizowanym człowiekiem.
Jednak jak dobrze wiesz, praca na nowo zdobywanych ziemiach, w szeregach
cesarskich botaników zawsze stanowiła moje marzenie.Przedwczoraj przybyliśmy na miejsce. Setnik mojej
centurii od razu serdecznie mnie znienawidził. Nie wiem czym sobie
zasłużyłem na tak gorliwe uczucie. Dziś pierwszy raz wykonał przyjazny gest
w moją stronę. Podczas gdy główne oddziały wyruszyły pacyfikować wrogie
miasteczko, obok którego stacjonujemy (nie mogę ujawnić nazwy ze względu na
tajemnicę wojskową), zezwolił mi udać się z grupą zwiadowców do
porastających drugi brzeg rzeki lasów.Jako, że dowódca zwiadu poprosił mnie o zaczekanie
na skraju lasu nim sprawdzą teren, mam teraz chwilę by do Ciebie napisać.Raduję się perspektywą eksploracji lasu! Od dawna
pragnąłem go zbadać. Ponoć występuje w nim wiele do tej pory nie
skatalogowanych i nie nazwanych gatunków roślin, zwierząt. Już teraz
zauważyłem niebywałe okazy euphorbia pulcherrima, juniperus odoratus,
digitalis purpurea, oraz wijący się w poszyciu hedera helix. Widok
zakrywającej las gęstej, wonnej mgły potwierdza moje domysły na temat
panującego tu wyjątkowego mikroklimatu. Jeśli napotkam zupełnie nowy, piękny
gatunek kwiatów nazwę je Twoim imieniem. Jak cudowna nie byłaby ich barwa,
gładkie płatki i słodka woń będą jedynie bladym wspomnieniem Twojej urody.
Jest już dość późno, między drzewami szybciej
zapada zmrok. Z trudem dostrzegam płynącą opodal rzekę. Zdaje mi się też, że
słyszałem wołanie naszego dowódcy. Wybacz lecz porzucę na tę chwilę pisanie
i dołączę do mych towarzyszy. Być może spotkamy zamieszkujących lasy
dzikich, przeżyjemy frapujące przygody, o których będę mógł Ci opowiedzieć.
PonoćZnaleziono obok ciała Achima Van
Heleborus,
sprawującego przy Trzecim Legionie
funkcję Imperatori Junior Bellicus
Botanicae Artis Peritus.
Osady nie odnaleziono. Kilku legionistów, jakim udało się powrócić z Lasu
opowiadało o towarzyszach uwięzionych wysoko w koronach drzew, przebitych
gałęziami, bądź wciągniętych pod ziemię przez korzenie.
Z rozkazu dowództwa wyprawy do lasu ponawiano wielokrotnie. Opowieści
nielicznych ocalałych doprowadziły do rozpowszechnienia się wśród legionistów
niemal zabobonnego lęku przed Lasem. W trosce o zachowanie morale żołnierzy
zaniechano dalszych ataków.
***
Królowa bardzo źle zniosła śmierć męża i córki. Stawała się coraz bardziej
milcząca, jakby oddalała się od świata. Większość czasu spędzała pod Drzewem.
Stopniowo obowiązki władczyni zaczęła przejmować jej jedyna ocalała córka.
Wcześniej pozostająca w cieniu charyzmatycznej siostry, z czasem ujawniła się
jako sprawna przywódczyni, pragmatyczna organizatorka. Szybko zdobyła uznanie
ludzi spokojem, wiedzą i mądrością. Gdy w 1182 roku zmarła jej matka, z
błogosławieństwem Drzewa ogłosiła się nową Królową Lasu. Stała się surową, lecz
mądrą i sprawiedliwą władczynią. W pełnieniu obowiązków pomagali wybierani przez
nią spośród najbitniejszych kolejni mężowie – Królowie Lasu.
Przez nadchodzące lata Osada pozostawała niemal szczelnie zamknięta przed
Światem. Jedynie wyjątkowo osobom z zewnątrz udawało się przeniknąć do środka.
Byli to ludzie wybrani przez Drzewo, szczególnie pragnące ich obecności. Ku
zaskoczeniu Leśnych pomiędzy tymi, którym udało się odnaleźć ścieżkę do Osady
znalazło się nawet kilku mieszkańców Sødehalt. W trakcie osiemnastu lat izolacji
takie wizyty zdarzyły się jednak tylko kilka razy.
Samych mieszkańców Osady również nie widywano na zewnątrz. Czasem znajdowano
ślady ich obecności poza Lasem. Wiązało się to zazwyczaj ze zniknięciem jednego
z żołnierzy lub cesarskich obywateli.
Po odbiciu Ostrogrodu w 1198 roku, Osada zaczęła z wolna otwierać się.
Pierwszymi, którym udało się bez trudu dotrzeć do Osady i powrócić, była grupa
pielgrzymów z Terrain. Ponoć Drzewo obwieściło im we śnie ponowne otwarcie Lasu.
Za nimi pojawili się kolejni. Z czasem Osada ponownie podjęła wymianę handlową z
Ostrogrodem i dalej położonymi ośrodkami. Mieszkańcy Lasu zaczęli pojawiać się w
mieście. Las odetchnął świeżym powietrzem. Pokolenie wychowane w odcięciu od
świata zaczęło nawiązywać pierwsze kontakty z ludźmi z zewnątrz.
W 1200 roku Osada, pragnąc powrócić do stanu sprzed 1180 roku, rozwija się,
umacnia, odbudowuje dawne kontakty. Znów w Lesie pojawiają się podróżujący do
Drzewa, kupcy i zwykli goście.
Najbliższymi sąsiadami pozostają odrodzony, pełen nowych możliwości, jakże
inny od rolniczo-rzemieślniczego, cichego, lękliwie spoglądającego na Las
Sødehalt, Ostrogród oraz tworzące się przy stacjonujących na Wzgórzu wojskach,
cesarskie sioło.
W ostatnich dniach Osadę i Ostrogród obiegła wiadomość, iż po śmierci podczas
polowania ostatniego Króla Lasu, Królowa szuka nowego małżonka.
6-02-2006