1152

1152 ? Lato

Korwin, jak się okazało, nie zamierzał jednak topić miasta we krwi jego mieszkańców ani burzyć go do gołego kamienia. Dramatyczne przepowiednie okazały się przesadą, bądź zwykłą bujdą. Książę rozsądził wszystkie sprawy krótko i szybko, ale też nadzwyczaj, jak na siebie, pobłażliwie. Stracono tylko nielicznych i przy tym nikogo ważnego. Nawet lord Rudolf, który starannie korzystał z opieki Elfiej Enklawy i nie spieszył się wcale z powrotem do zdrowia, został pozostawiony w spokoju, a kilka tygodni później rzekomo wyjechał, nie ścigany wcale przez wojska księcia. Ktokolwiek by jednak pomyślał, że książę Korwin zaczyna mięknąć, szybko sam karcił się w duchu i zazwyczaj roztropnie stwierdzał, że zbyt wcześnie jeszcze na tak daleko posunięte wnioski, a zwłaszcza na publiczne ich wypowiadanie.

Tymczasem po mieście i okolicy krążyły bez przerwy dwa rodzaje ludzi ? pozornie leniwi siepacze w gwardyjskich mundurach, którzy wyciągali ludzi z domów na przesłuchania, zawsze w towarzystwie nie do końca rozpoznanych lokalnych informatorów, a także wciąż biegający polowi medycy, oddani przez księcia pod władzę Leonardowi da Scalli celem zapewnienia, aby każdy żołnierz w książęcej armii otrzymał porcję sprokurowanego przez alchemika leku. Da Scalla, zresztą najbardziej ze wszystkich zaaferowany, rozpoczął jakieś nowe badania nad podawaniem leku jeszcze nie zarażonym. Jak twierdził, wynikały z tego jakieś niezwykle ważne dla leczenia konsekwencje. Oprócz tego wydawał z zapasów leku przeznaczonych dla wojska skromne porcje dla najuboższych, których na lek nie było stać. Książę nie widział, lub udawał, że nie widzi.

Tymczasowym zarządcą miasta wyznaczony został lord Donatan, do niedawna prawa ręka lorda Rudolfa, obecnie dziwnie szybko awansowany przez prawowitego władcę. Zdziwienie tym faktem zniknęło jednak błyskawicznie, kiedy lord Donatan ogłosił w imieniu księcia, że władzę ekonomiczną i prawodawczą nad samorządnym miastem sprawować będzie Tymczasowa Rada, której skład w najbliższych miesiącach zostanie ustalony, a której pierwszym z członków zostaje alchemik Leonard da Scalla. Przedstawicielem księcia w Radzie został lord Donatan. Cieszyło to prostych Ostrogrodczyków bardziej niż druga prawdopodobna kandydatura ? maga Innusa. Ten, jako dawniejszy w Korwinowej armii żołnierz, szybko wkradł się w łaski księcia zostawszy, jak mówiono, jego zausznikiem i człowiekiem od nie tylko typowych poruczeń. Szczegółów jednak nie znano, a atmosfera dociekaniom nieszczególnie sprzyjała.

Korwin rzadko pokazywał się publicznie i prosty lud nieczęsto miał okazję go widzieć. Wiedziano jednak, że w ciszy zamkowych komnat prowadzi ożywioną działalność. Nie było dnia, żeby nie widziano znacznych osób przemierzających drogę do i z zamku. A to kupcy, a to władze Akademii, tudzież poczet rycerzy zwących się jakimś tam zakonem, którzy jakoby rozłożyli się siedzibą nieopodal miasta i o danie ziemi w lenno przyszli prosić. Najwięcej jednak rozmawiał książę z orkami; tak przynajmniej twierdziła służba.

Książę Korwin wyjechał w połowie września, udając się do swej nowej stolicy. Wcześniej jednak ogłosił Ostrogrodowi nowiny, od których niejeden kubek poszedł był w górę, ale wcześniej niejedna szczęka w dół. Zamiarem księcia okazało się przeznaczyć całą prowincję w dziedzictwo jego młodszej siostry, która miała ją objąć niezwłocznie po uzyskaniu pełnoletniości.

Tymczasem zbiory kolejny rok się nie udały, a ceny chleba szły wolno, lecz nieustępliwie w górę. Zaraza przestała zabierać sytych i bogatych, a lek sprzedawał się wciąż trochę tylko gorzej od ciepłych bułek czy taniej gorzałki.

1152 ? Jesień

W mieście rządził cały czas lord Donatan, budząc umiarkowane tylko narzekania. Osiągał to starannym pilnowaniem, aby nie mieszać się w kwestie mu nie przynależne ani też nikomu w swoją dziedzinę mieszać się nie pozwolić. I porządek w mieście, i ściąganie opłat, i zbieranie daniny, i rozsądzanie spierających się kupców szły sprawnie. Polityką miała zajmować się Rada. Jeśli książę nie chciał, żeby ta polityka była zbyt aktywna, było to dość sprytne posunięcie. Do połowy jesieni Rada nie została jeszcze wyznaczona i nie zdołała ani razu się zebrać. W końcu ogłoszono, że składać się będzie z alchemika Leonarda da Scalli, lorda Donatana, mistrza Erwina Mandragore, członka cechu kowalskiego Aleistera i kupca Renalda Delmora. Wszystkich wyznaczył książę Korwin, osobiście lub poprzez posłańców z listem. Sam też zastrzegł sobie prawo do dokonywania wszelkich zmian w składzie Tymczasowej Rady.

Tymczasem z dala od miasta, w cieniu coraz groźniej wyglądającego Lasu Druidów, który teraz nazywano Lasem Drzewa, lub po prostu Lasem, powstała wieś, czy raczej zaledwie osada. Zbudowali ją ponoć pierwsi ludzie przemienieni przez Drzewo, choć nikt ich później nigdzie nie widział. Pierwsi czy nie pierwsi ? Osada stała i przyciągała tych, dla których z racji biedy, głodu czy choroby w mieście nie było miejsca. Co ciekawe jednak, musieli mieszkańcy osady jakoś zarażonych się pozbywać, bo podróżni czy wędrowni handlarze zgodnie twierdzili, że żadnych chorych tam nie ma, wieśniacy wyglądają zdrowo i trzymają się nad wyraz krzepko, jak na mieszkańców tej okolicy. Plotki też głosiły, że jedzenia mają w bród i rzadko kiedy odmawiają komuś wstępu. Wielu biedaków skusiły te pogłoski i większości z nich już w mieście więcej nie widziano. Ci jednak, którzy wrócili, wyglądali faktycznie krzepko, mocno i jakoś...dziko, a oczy mieli brązowe lub zielone. Wracali zresztą tylko po to, żeby sprzedać płody rolne i kupić za to narzędzia lub inne produkty wysokiego rzemiosła. Do miasta na stałe powracać nie zamierzali. Woleli, jak to zwali, ?Królestwo Drzewa?. Byli, jak o sobie mówili, poddanymi Króla i Królowej Lasu. Sami Król i Królowa byli, według słów mieszkańców osady, ludźmi łagodnymi, żyjącymi w zgodzie z przyrodą i pobłogosławionymi przez jej moce. Co prawda słyszano czasem nocami z lasu dziko brzmiące śpiewy i widziano światła ognisk, jednak w świetle dziennym królestwo Drzewa wydawało się niemal idyllą.

Gospodarka miasta zaczęła z wolna się podnosić, a handel - żwawiej płynąć przez Ostrogród, na razie głównie na linii Chmurny Szczyt ? Minhiriath i z Ostrogrodu na południe. Pomiędzy Stepem a Marchią kursowały zaś dziesiątki posłańców tak, jakby prowadzono jakieś gorączkowe dyplomatyczne rozmowy. Zarówno jeźdźcy w książęcych barwach, jak i dumne orki idące na północ z Chanatu, spieszyli się wyraźnie, niosąc z pewnością pilne wiadomości. Kontakty handlowe z Marchią wciąż jeszcze były niepewne. Kupcy byli jednak dobrej myśli i gdyby nie ten brak żywności i ciągłe napady na drogach, byliby wręcz w doskonałych humorach. Ale głód, niestety, dokuczał. Podobnie jak napady.

Zaczęły się one jeszcze podczas pobytu księcia Korwina w mieście. Jeden z patroli, który zbyt śmiało zapuścił się w okolice pomiędzy Kurhanami a Drzewem, został wycięty niemal do nogi, rzekomo przez watahę wilków prowadzoną przez samca, który był zbyt wielki, żeby być normalnym wilkiem. Pamiętających jeszcze włóczącego się niedawno w okolicy wilkołaka ogarnął strach. Przez następne miesiące wataha zabijała bez litości kręcących się w okolicy Drzewa czy starych Kurhanów; uderzała też na terenach wiejskich, a nawet pod miastem. Oszczędzała jednak mieszkańców Osady pod Lasem. Próby jej schwytania i wybicia spełzły na niczym. Z reguły, krótko po jej najbardziej gwałtownych atakach, w ich miejscu pojawiała się specyficzna aura, jaką roztaczał wokół siebie Las rosnący nieopodal Drzewa.

Bo też i Drzewo nie próżnowało w tym czasie. Las, będący pod jego wyczuwalnym wpływem, z początku był wielkości nieledwie zagajnika. W ciągu paru miesięcy rozszerzył się tak, że obejmował już prawie z obu stron Osadę i zagarnął spory fragment puszczy rosnącej przy jednym z traktów. Nie, żeby nowe drzewa zaczynały jak grzyby po, nie przymierzając, końskich szczynach rosnąć, ale te co już stały stawały się trochę bujniejsze, zieleńsze, ciemniejsze i trochę bardziej groźne. Ale też dumne. Zresztą tam, gdzie przez dłuższy czas widziano watahę wilków i znajdowano jej ofiary, tam wiadomym było, że wkrótce drzewa zmienią ledwie zauważalnie odcień liści, a wiatr w zacznie wygrywać w ich gałęziach dużo dumniejsze i bardziej niepokojące melodie.

W Prowincji Cesarskiej trwały podobno wciąż negocjacje pokojowe pomiędzy zbuntowanym Namiestnikiem, lordem Falkirkiem, a wysłannikami Cesarza. Utykały one jednak co chwilę w martwym punkcie i nikt nie wierzył, żeby przed zimą można było liczyć na trwały pokój. Nastrojów nie poprawiały też dochodzące z południa wieści o starciach orków ze Stepów z elfami. Miejscowe orki powtarzały wciąż, że to na pewno nie sprawa Chana ani żadnych wiernych mu plemion; nawet sam wysłannik Chana, zmierzający w październiku do Aldrin, oficjalnie podobno zapewnił lorda Donatana i członków Rady, że Chanat nie ma z tymi walkami nic wspólnego, ale na orków wciąż patrzono w mieście podejrzliwie.

1152 ? Zima

Wiadomość przyszła krótko przed końcem roku. Najpierw trafiła w zimowe komnaty zamku i ogrzewane węglem ciepłe pokoje Akademii. Potem posłano ją do przysadzistych, grubych kupieckich domów, solidnie ocieplonych słomą i zaprawą. A chwilę później wpadła do karczmy, skąd wystrzeliła na resztę miasta, powtarzana przez dziesiątki ust. Ogłoszono zaręczyny księcia Korwina z Ellaine, królową Randers. Ślub zaplanowano na wczesne lato. Plotka głosiła, że po utracie Terrain i dwóch doborowych korpusów rycerstwa w nieudanej kampanii marchijskiej, królowa Ellaine stanęła przed wyborem ? małżeństwo albo podbój.